-->
BLOG PRZENIESIONY >> czwartek, 22 stycznia 2009 12:38:52
BLOG PRZENIESIONY NA WWW.SWIROWSKI.BLOG.PL
komentarze [0]

Świętojebliwość z wielu stron. (+ Ania "Lavender Fowl") >> niedziela, 20 kwietnia 2008 00:22:10
Świętojebliwość z dwóch stron. (+ Ania "Lavender Fowl")

Zastanawia mnie czasami jedna rzecz. Jak bardzo ludzie są w stanie zrobić sobie z mordy buta w imię szeroko pojętej gościnności.

Wchodziłem do swojego przybytku bałaganiarstwa, oazy spokoju i wewnętrznego wyciszenia, mojego nienaruszalnego królestwa zwanego pokojem. W nim to zobaczyłem swoją siostrę której to opis inteligencji pominę, co też łatwo zrobić, gdyż właściwie nie ma o czym pisać. Jej pojęcie własności jest godne Kalego z "W pustyni i w puszczy", dlatego wejście do jej pokoju równa się w jej oczach gorzej niż wtargnięciu do meczetu w glanach - ale gdy zrobi komuś to samo, powinna sama rozumieć, że nie powinna robić tego, co ją oburza. Ale jej cel zawsze uświęca sam Bóg, i to chyba nie jednej religii, bo wchodzi do mego pokoju pewnie niczym Gestapo po AK.
Rzecz jasna, zaprotestowałem. Zazwyczaj otrzymując oczywiste wsparcie od rodziców, tego dnia byli oni głusi. Albo odwrotnie - zbyt przeczuleni na krzyk, bo GOŚĆ siedzi w domu, A GOŚĆ nie może usłyszeć krzyku. Wszystko musi być podczas pobytu GOŚCIA w rodzinie sztucznie ładne i układne jak na wystawie sklepu z art. przemysłowymi.
To było dla mnie niepojęte, zwracać uwagę na krzyk, ale nie na jego powód. Taka wygodna wymówka. GOŚĆ. Ciekawe, czy jakby się GOŚCIA spytać o zdanie, co sadzi o tym, jak go wykorzystują niecnie jako wymówkę i wytłumaczenie w zaistniałej sprawie. Ja bym czuł się dziwnie i wcale niezbyt gościnnie w takim domu.
Filozofia działania moich rodziców przypomina mi lekarza, który objeżdża pacjenta, że ten sheftał mu się całą izbę przyjęć, i wyrzuca za drzwi. Nie obchodzi go, co się dzieje dalej z pacjentem, przecie miał wymówkę, by go wywalić. A ten umiera sobie pod drzwiami na ostre zapalenie otrzewnej w wyniku owrzodzenia i wylewu treści żołądkowej do organizmu.
Efekt patrzenia na skutki, a nie na przyczynę.
Tak to jest, gdy nie potrafimy wypoziomować sobie wartości, gdy pływają one w zależności od sytuacji.
Tak to jest, gdy jebią się nam wszystkie świętości. Świętojebliwość w nowym tego słowa znaczeniu...

Ale... No, dobra. Ucichło. Zostałem sam w swoim pokoju. I co teraz? ...Lavender? Ty też pewnie siedzisz sama teraz w pokoju... I to nie raz tak bywa?

- Bywa jednak tak, że Twoje królestwo zyskuje większą rangę. Bywa, że twoj pokoj jest niczym teren skażony. Apogeum śmiertelnej epidemii. Przynajmniej w mniemaniu innych domowników - ja spędzam tam dużo czasu i jakoś żyję. Na czym to polega? Ano na tym, że poza mną nikt tam nie wchodzi. Moi rodzice go omijają, rodzeństwo również. Dlaczego? Nie wiem. Nic tam nie śmierdzi. Porządek jest dość przyzwoity, chyba że jest piątek ósma rano, kiedy syfu z całego tygodnia zdąży się trochę nazbierać. Nie jest dołująco, bo kolorów jest pełno. Pościel w kwiatki, brzoskwiniowe ściany. Niebieska, urocza pufka. Nie żeby poza kolorami nic tam nie było. Jest wieża (łapią trzy radia!), stosy płyt i plakat z pociągiem, który wyleciał przez ścianę dworca i trochę się poskładał. Słowem - inspirująco. Jeżeli kogoś sztuka nie pociąga, zawsze ma telewizor. Duży, na pół ściany. Może przytłaczać, bo pokój jest troszkę miniaturowy, ale kogo to obchodzi. Jest prawie jak w kinie. Jest nawet gitara. Można pobrzdąkać. Jeżeli jest się tak ekspresyjnym jak np ja, mozna wziąć wielką kartkę i napisać A WEŹMY SIĘ WSZYSCY POWIEŚMY, przybić ją na ścianę i się na nią gapić. Atrakcji mnóstwo.
Taka niesamowita intymność jest uskrzydlająca. Mogłabym postawić sobie szereg puszek piwa na szafce nocnej i nikt by na to nie zwrócił uwagi. Na biurku mogłabym zrobić sobie zestaw małego chemika i przygotować sobie działki na każdy dzień tyogdnia, gdyby zachciało mi się zostać narkomanką. Arkadia. Żyć, nie umierać.

Wyobraźcie sobie, że żyjecie sobie w tym swoim własnym Czarnobylu, do którego nawet nie musicie zamykać drzwi, żeby się odciąć od świata. I wyobraźcie sobie, że nagle, bez żadnych ogródek, ojciec wpada do pokoju pożyczyć długopis. Jakby nigdy nic. Nawet nie rozgląda się po pokoju. Nie dziwi go wielka kartka z wyznaniem miłości do świata. Nie razi go feeria barw. Obchodzi go tylko długopis. Po tym, jak rostrzęsiona tym jawnym aktem gwałtu na mojej prywatności daję mu jego przedmiot pożądania do
wychodzi bez żadnego wytłumaczenia. Bez żadnego usprawiedliwienia. Bez przepraszam, Aniu. Bez ale masz hippisowską pościel. Bez co to za dziwna kartka.

Świętojebliwość. Oto, jak długopis może zburzyć - powiem wprost - rozjebać, jak to w tytule, całe Twoje poczucie bezpiecznej, czterościanowej alienacji.

- No i cóż teraz, Aniu? Można by rzec, że to jest takie "I tak, i nie" jak to rzekł minister Hausner po swoim 45 min. przemówieniu. Chcemy, by ktoś do nas wszedł. Ale to zaproszenie nie tyle do naszego królestwa, co do nas, do naszej psychiki. By gość był gościem naszej osobowości, by ją ubogacić. Jednak czasami trafia się nam taki przypadek, że ktoś dostaje się do opakowania z lodem na patyku, omija smaczną całość, wyciąga patyczek, i po zabawie. Przecież jesteśmy głównym daniem, a stajemy się bezwartościowym dodatkiem.

W prozie życia co innego jest świętością. Jest nią cel doczesny. Ale on nią nie może być. Dlategoż te świętości się po prostu jebią - im, w naszych oczach tych, którzy się temu "zwariowaniu dnia codziennego" nie dają. Czy to byłby długopis, który urasta do rangi celu, zdolnego przyćmić kogoś (A może już coś) w naszym pokoju. Albo i gość, który staje się ważniejszy od domownika. Ważniejszy od jego racji, zdania... A mówią, że gość w dom-Bóg w dom. Takie to widać pojęcie Boga u polskich, świątecznych katolików...
komentarze [8]

I kupiłby taki pistolet, gdyby lufa była tam, gdzie kolba... >> poniedziałek, 7 kwietnia 2008 14:46:17
Kultura emo ciśnie mnie w internecie coraz mocniej. I to takich, zaprawdę powiadam wam, emo prawdziwych, i bezkompromisowych. Przynajmniej tacy są w swoich oczach. O ile kiedyś rozmaite SłupKultury były po to, aby dzieciaki mogły się poczuć kimś, to dzisiaj wszystkie młode osoby (a nawet czasem BARDZO młode) łączą się po to, by nawzajem licytować się, które bardziej jest... nikim. Niechże złapę za jaja i tak uduszę kogoś, kto wymyslił takie nakręcanie dzieciaków. Tak, za jaja, by się nie urodziło kolejne pokolenie takich nakręcaczy.
Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć, czemu mówię SłupKultura, a nie subkultura, to śpieszę wyjaśnić przy okazji... Otóż, subkultury to równanie osobowości w dół, przy jednoczesnym wywlekaniu z góry określonych reguł na widok publiczny (czyli: tak, zobaczcie, jestem punk, skin, metal...). Człowiek staje się niczym ogłoszenie na słupie. Krzykliwy, ale forma ogranicza zasób treści, bo te są z góry ustalone. Bo plakat na słupie musi zawierać konkretną informację, i to zawsze tą samą. Ma się wbijać w oczy, utrwalać... No i po raz któryś - być krzykliwym. Nie wpadłby w oko w innym przypadku. Połączcie teraz krzykliwą formę z emo-treścią... Włos się jeży przy odbiorze? Jak ktoś nie jest emo, to pewnie tak...

Spróbowałem się zastanowić, co do ciężkiej cholery powoduje... nie, właśnie nie. Co UMOŻLIWIA takim ludziom popełnienie samobójstwa? (O tym za dłuższy moment.)
Dodajmy, że młodym, bardzo młodym ludziom, mającym nieszczęście być rocznikiem 92'-95' którego okres dojrzewania, w którym to ujawnia się potrzeba identyfikacji z czymkolwiek tylko nie z sobą (wiem, zgryźliwe), przypadł na moment apogeum właśnie kultury emo. I owe emo zbierało swoje żniwo, jako najbardziej popularne, pociągające... Swoją domniemaną prawdziwością, żerujące na psychologicznie (niestety) naturalnym odruchu ostrożności, czyli: "co jest podane z uśmiechem, to jest to szczere niczym uśmiech sprzedawcy w McDonaldzie", uśmiech jest takim niby kłamstwem grzecznościowym. A jak ktoś mówi o bólu i smutku, to nie zabiega o czyjeś względy, więc smutek wydaje się szczery, bo (niby) mówi o wydającym go, a nie odbierającym. Grymasem smutku w końcu nie prawi się komplementów, a uśmiechem - tak.
I tutaj nie przeliczy nikt, ile młodzieńczo naiwnych osób (których za naiwność nie winię, bo to po prostu taki wiek, no przyznajmy się do tego wreszcie!) dało się na ten chwyt nawinąć, a tak naprawdę to jedni od drugich zarażali się emowatością poprzez chwyt typu "o jaki ja biedny" - choć ten, który rozpylił tą obłudną zarazę... właśnie, własnie! Szczery w tym wyznaniu być nie musiał. Ot, żerowanie odruchem współczucia. Widać tu to, o czym mówiłem wyżej.
"Jaki JA biedny" brzmi dla uszu bezpieczniej i wiarygodniej (bo -wydawać się by mogło- czemuż kłamać o sobie samym w tym jak sobie samemu jest źle...) niż "Jaki TY biedny" ( moze być zamiast biedny wstawione "cudowny" zasada tak naprawdę taka sama). Ale tak to jest właśnie...
W tych całych kretyńskich założeniach jest jedno wielkie kłamstwo, iż jeżeli człowiek ma się zastanawiać nad życiem, to musi się jednocześnie w tym zastanawianiu zamartwiać. Wtedy jest prawdziwy! Wtedy jest EMO! A że, jak mawiał Dr Joseph Paul Goebbels - wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Sęk w tym, że EMO kłamie __samo sobie__... Samemu się wkręcić - nie ma to jak autosugestia.
Wtedy to potęgują ból w sobie, wyolbrzymiają go, bo jest on tym, czym mogą się jakby pochwalić, porównać. Za przeproszeniem - ja mam większy, niż ty! (problem, ból, lęk, niepokój, czy... mysl samobójczą). Jedna jest w tym specyficzna zasada, w związku z którą powiedziałem wcześniej "jakby" pochwalić.. Nie można się chwalić - trzeba pokazać i liczyć na zwrócenie uwagi. Nie atakować. Nie narzucać się. Zarzucić sieci, i czekać. Namalować sobie na ryju tonę czarnego makijażu, nawet jak się jest chłopem, i czekać.
Co bardziej spostrzegawczy zauważą, że przy całym funkcjonowaniu tej subkultury, to jeżeli się ludzie mają ze sobą o takich samych poglądach łączyć, na pewno musza między sobą uważać "jaki TY biedny" (ale jest to przemycane w domyśle), a tak - to jeden z drugim stara się prezentować nawzajem siebie. Taki też w pewien sposób to jest egozim ("patrzcie na mnie").
Swoją drogą, zwracanie na siebie uwagi jest naturalnym działaniem człowieka w kłopotach, bo zwiększa szanse na zainteresowanie danym człowiekiem - i dalej - jego problemami. W przypadku EMO jest to jednak wymuszane!

Dobra. Dochodzimy więc do patologii i sedna tego tekstu. Wzbudzanie zainteresowania próbami samobójczymi. Ma to być w założeniach emo szczytem zastanowienia się nad swoją egzystencją, tak szczerym (i tylko wtedy szczerym), gdy wychodzi iż dany człowiek jest totalnie do zadu i na przemiał. Być może boją się, że inaczej NIE zostaną potraktowani na serio? Tylko kłopot to lament, a lament = zainteresowanie? Tutaj już pośrednio wina rodziców takich osób... Domyślcie się, czemu. No, ale nie o tym.

Przypominam pytanie. Cóż ułatwiło ewolucję tego emo-stylu? Czemu rodził się on 3 razy w USA, zanim rozkwitł na całym świecie, także w Polsce, od roku 2006?
Rozgłos. Bardzo ważna rzecz. Dopiero postęp w dziedzinie dostępu do internetu sprawił, iż szukanie osób o podobnych upodobaniach jest zdumiewająco łatwe. Ale też tym samym kanałem, zdajmy sobie z tego sprawę, napływa masa treści, które karmią i pozwalają emo dalej się rozwijać. Począwszy od zespołów, które można tak promować, (Emo people, typowy produkt VIVY TV? Brzmi całkiem, całkiem. Niczym typowy amerykanin będący produktem MTV. Przyjrzyjcie się ramówce MTV, obejrzyjcie cokolwiek, przysłuchajcie sie co tam jest promowane - zrozumiecie. Podpowiedź: Głupota.), po gadżety, ubrania, i tak dalej, i tak dalej. Nie demonizuję jak widać internetu, tutaj działa telewizja i kolorowe czasopisma, typu Bravo (jakby produkowali z tego papieru, zamiast Bravo i Popcorn, papier toaletowy, być może zawsze miałbym w kiblu tą jedną rolkę więcej - o niebo lepszy pożytek byłby z tej celulozy, o niebo lepszy...). Internet jest jednak łącznikiem tego wszystkiego, katalizatorem reakcji. Nasiąknięty dzieciak przyjmuje to, siada do kompa, chce więcej, chce się tym wszystkim podzielić - tam jest dalej bombardowany, ale i znajduje innych ludzi. No i voila. Wpadł taki jak śliwka w kadź Hortexu. Powiecie, że inne słupkultury rozprzestrzeniały się i bez tego wynalazku. Tak, ale jaka inna słupkultura potrzebuje uzewnętrzniania zmartwień jako elementarne jej założenie?? A teraz uświadomcie sobie ludzie, o ile łatwiej jest gadać i... wymyślać (!), gdy jest się anonimowym internautą. Można także pozorować, że za moment się zabijemy, i wcale tego TAK NAPRAWDĘ na myśli nie mieć. Efekt będzie. Pokażemy się jako "wrażliwe istoty".
Przyjąłem założenie, że typowe EMO małpuje, co też chyba sobie ktoś skrzętnie założył, opracowując trendy w muzyce, modzie itp... EMO, szukające po prostu wzorców do naśladowania i wyrażenia siebie (co też jest, znamienne, sloganem reklamowym, hm... Ogólnoświatowa promocja nastawiona na wyrzucanie z siebie największych brudów? No dajcie spokój... Chociaż był taki rysunek satyryczny, gościu wyraził siebie pod wpływem reklamy - rozpruł flaki, i wyrzucił wszystko z siebie, pokazując, co ma w sobie... Ugh, fuj, zamykam nawias i wracamy do tematu), nie jest do samobójstwa zdolne. Jeżeli jest ono nagłośnione. To ma być gra, ale bardzo niebezpieczna. Bo ileż można przejechać się żyletką? Nieskończoną ilość razy, a nic się nie stanie. Jak to mawia czasem mój przyjaciel, to taki bezpieczny niepokój (chociaż nie w takim kontekście, sorry, Fren). Ale w pewnym momencie można przejechać tą żyletką - i nikt nie wie właśnie kiedy, nawet trzymający ją w ręku - jeden raz i TYLKO raz. Za mocno. Potem - Amen.

Jest też druga strona medalu. Otóż...
Dziękuję Ci, Boże, iż dałeś mi do ręki kompa z internetem, w momencie, gdy ktoś po drugiej stronie potrzebował pomocy. To była nie jedna osoba. W zasadzie tylko dwie z tej sporawej grupki osób wykazywały cechy EMO. Dziękuję, że pozwoliłeś im trafić na mnie, a nie na jakieś emo, które tylko przytaknęło by na te wszystkie problemy tych wszystkich osób, i jeszcze pochwaliło umartwianie się.
Jak widać, wszystko ma swoje dwie strony. Przez internet można pomóc, jak i dobić. Bo wszystko kwestią ludzi jest. Bo to człowiek potrafi drugiego zniszczyć, każdym narzędziem, którym inny człowiek może robić coś niewinnego, albo i nawet drugiemu pomóc. "Kij służy do grania, nie do zabijania." Ta. Wmówcie to kibolom.
Człowiek potrafi wymyślić subkulturę, która będzie (co wyżej udowodnione) łatwa w rozpowszechnieniu, a co ludność kupi, to się dobrze sprzeda. Człowiek potrafi nie myśleć o skutkach. Że kiedyś to nie będzie głupia zabawa w samobójstwa. Że kłamstwo kiedyś po wielokrotnym wmówieniu stanie się prawdą, i przy prawdziwej próbie samobójczej znów biedak trafi na grupę, która go utwierdzi w słuszności tego, co robi...
Dlatego dzięki Ci Panie, że dajesz mi zawsze determinację, aby takiej zagubionej osobie rzeczowo starać się pomóc, a nie dobić.

==
A teraz bardziej luźne i błądzące zastanowienia wkraczające w esejowe ramy...
Przykładowy cytat 13 letniej dziewczyny z forum... Chciałem coś znaleźć, żeby mieć jakąś "bibliografię". Wpisałem w google (ta, to to znajdzie wszystko... aż za dużo nawet) jakże bezczelne, w swojej wymowie i uderzaniu wprost w temat, hasło - "jak popełnić samobójstwo". Czyżby ktoś był na tyle durny, by jeszcze dawać instrukcje? No cóż, jakby ktoś skutecznie to zrobił, to nie widzę możliwości, by o tym potem napisał... Stąd brak poradnika! Może... Szlag, robi się z tego czarny humor. No, ale nikt nie kazał wam tego czytać. Mogę dalej? No więc... Na szczęście NIE zobaczyłem takiego poradnika, bo zgodnie z tym oczywistym faktem przytoczonym powyżej, nie mógłby się takowy pojawić, chyba że... No, tak, ktoś, komu by na tym zależało, nakręcał by ten interes. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale mam takie przefajdane poczucie, że z czysto biznesowego faktu zbijający kasę na ubrankach w paski itp. nie chcieli by, aby im kupcy zeszli ze świata, bo wtedy, w przeciwieństwie do kupców, towar schodził by gorzej. Może to też jest specjalnie wyliczone? Że młodzi ludzie nie będą mieć I TAK na to odwagi, więc można bezpiecznie ten cały biznes prowadzić. To tak samo jak polityk może sobie pozwolić na wiele, aby mu tylko elektorat nie zdechł/nie wyjechał do Irlandii/(oj, najgorzej jak...) zmienił poglądy. A że czasami się jednak ktoś wyłamie, i zabije... No cóż, to jak gospodarka rynkowa, wyrżnie zbyt słabych, ale ogólnie idzie naprzód. I niech ktoś mi powie, że to nie jest biznes.

Oto i więc wspomniany cytat:
"To co napiszę, zapewne wyda wam się pomysłem kolejnego emo,, czy coś w tym stylu. Ale nie. Ja naprawdę mam ze sobą problem i naprawdę nie widzę sensu życia. Po prostu.
Chciałabym kidyś usnąć i się zwyczajnie nie obudzić. Tak bez bólu.
Jeśli chodzi o samobóstwo... myślalam o tym, ale nawet nie szukałam sposobu w jaki mogłabym to zrobić. Wiem, ze i tak nie starczy mi odwagi na ten ostatni ruch..."

(UWAGA, będzie CIĘŻKI BLUZG za moment!*)
No i widzicie? Jak NAPRAWDĘ ma problem, to gdzie, do (UWAGA BLUZG!!!) kurwy nędzy, bo ja już nie mogę tego pojąć, rodzice tej zagubionej trzynastolatki?? Dali jej internet, żeby siedziała cicho w pokoju, i nie zawracała im ich uświęconych zmęczeniem i namaszczonych nietykalnością dup?? A jeżeli sami nie potraficią, to czemu nie wychowali dziecka tak, by starało się szukać pomocy, a nie rozkładać ręce? Troszeczke zaufania do siebie dajcie jej, troszeczkę zaufania...
Zwróćmy jednak uwagę, jak podchodzi do sprawy samobójstwa. Jest to całkiem naturalna możliwość, spowszedniały zwyczaj, wystarczyło by jej trochę odwagi... A może by tak trochę przemyślenia sytuacji??
Mając trzynaście lat, też uważałem, że mogę już sam oglądać telewizję, ale teraz oceniam, że byłem w błędzie. Miałem spore szczęście, że byłem uparciuchem mającym własne zdanie, więc nie chłonąłem tego, co mnie zewsząd napływało. Ale setki nastolatków odbiera z pozoru niewinne np. treści piosenek, w dodatku śpiewane po angielsku, co sprawia, że rodzice nie mają o ich przekazie pojęcia. A w nich sposób na życie, który staje sie sposobem na najwygodniejsze dążenie do śmierci.

A sposób, w jaki tamta dziewczyna o wszystkim mówi... I to ma nie wydawać mi się pomysłem emo? To ma nie wydawać mi się wcześniej wspomnianą grą pozorów?? (Która kiedyś może wyewoluować w coś poważnego, cały czas mówię o tym powiedzonku Goebellsa, miał sukinsyn rację...)
W tym tekście jest taka tendencja, by używać mocnych słów, typu własnie samobójstwo, ale odrzucać wszelkie następstwa i konsekwencje przyczynowo skutkowe, jakie może ze sobą nieść użycie tego słowa.
Mógłbym tej dziewczynie rzec: Ty NIC nie wiesz, kiedy w końcu podłamiesz się tymi myślami tak, że odwagi Ci jednak (nie daj, Boże...) starczy! Usnąć i nie obudzić się bez bólu nie można. Złośliwi rzekliby - życie boli. Ale nie o tym. Po prostu samobójstwo to jednak cierpienie. I nigdy nieopłacalne, bo ta inwestycja nie procentuje w przyszłości.

Jak widać, ja tu nie obśmiewam problemów tej osoby. Bo takowe nie mogę wykluczyć, że naprawdę istnieją. Może tylko nie takie wielkie.
Ja ganię tych, którzy wymyślili, aby ów problemy i troski masowo wyolbrzymiać, przy jednoczesnym nie wykazywaniu chęci na ich poprawę. Takie: "ma być tak, jak jest, a jest źle, ja tak nie chcęęęę!!" Schizofrenia, która nie jest zauważalna na pierwszy rzut oka, dlatego akceptowana przez EMO.


Ostatnio zostałem zaalarmowany przez Sandruśka, iż EMO się kończy. Albo oni dorośli, albo się wszyscy pozabijali. Nie, to nie jest śmieszne. Ilu nie miałem szans pomóc? Teraz faktycznie mógłbym zapłakać. Szczerze.

A w którejś z następnych notek zapewne coś o nowej modzie...
===
*prof. J. Bralczyk uświęcił niegdyś grupkę licealistów pozdrawiających Giertycha jako ministra edukacji transparentem z napisem "Kurwa mać", jako opis ich nastroju wobec jego poczynań. W jego opinii, żadne kuźwa ani kurna nie przekazują dokładnie ładunku emocjonalnego, który miałby być przekazany. Postanowiłem skorzystać z przywileju.
komentarze [5]

Walić te tynki? (Gościnnie w notce - Sandrusiek) >> niedziela, 10 lutego 2008 23:54:51
Odpowiadając na pytanie w tytule od razu: Walić! Ja mam ochotę zrobić prawdziwe walentynki - czyli walić w te tynki, aż odpadnie ten cały chłam, który wysypuje się ze sklepów, reklam, itp., który właśnie jakby "otynkował" całą tradycję, która jednak jest starsza niż amerykańska kultura.
Poczucie, że jeden skosnooki z drugim robi to wszystko dostępne w sklepach taśmowo, bez żadnej zapewne wiedzy, po co i na co i na jakie w sumie święto - napawa mnie głębokim obrzydzeniem. Bynajmniej nie do skośnych, nic do nich nie mam (a weź zapierniczaj za michę ryżu i nową dętkę do roweru, czyli chińskie szczyty marzeń - nie chciałbym być tak ograniczony w celach życowych, ale oni w większości muszą. Więc niech pracują, robiąc nawet ten cały chłam, ale nie będą przynajmniej głodni), nie do amerykanów też to obrzydzenie, którzy zlecają chińcom tą robotę. Biznes is biznes, a kręci się dlatego, że jest popyt, jest podaż. Stara zasada rynku.
Takie mam więc obrzydzenie, ale wisi ono w próżni, bo do tych osłów, które napędzają sprzedaż je w efekcie mieć powinienem. Ale co ja sie będę czepiał czyichś ambicji? Niektórzy będa mieć do mnie wonty, że ja mam za wielkie. Ale mam. I walę w te tynki, walę osobiście, nie naruszając innym tej komer-pokrywy, skoro ich tak cieszy. Głupich radość jest głupia. Ale ich cieszy, więc ze zjawiskiem pozytywnym nie walczę. Napracuję się, skuwając ten tynk kiczu, i też będę szczęśliwy. Tamci płytcy i chłonni w przyjmowaniu papki speców marketingowych... TEŻ będą szczęśliwi, i szczęście bedzie praktycznie to samo, bo z tego samego. Tylko to "tosamo" widzę gdzie indziej. Głębiej. I wychodzi na to, że ja głupi, bo się napracuję. Ja winny, bo narzekam, bo się napracuję, bo... jajco, i tyle. Za miesiąc wielkanoc, przyda się takie. Do kompletu z nową pisanką prosto z TESCO.

I co z tego wyszło? ...nie, nie jajco. Mam obrzydzenie, które jest motywacją, by ten tynk zbić, a nie kogoś właśnie, że go nie zbija. Będę miał swoją prywatną korzyść, i o taki własnie lekki egoizm chodzi. Egoizm tylko dla dwojga...
To wszystko stanie się, jak będę miał tylko dziewczynę. A dzisiaj? Może ktoś zapuka z drugiej strony?

Na koniec mam wywiad ze mną, który przeprowadziła Sandra. Tak spontanicznie, i dał mi on do myslenia na tematy, które wyrzuciłem powyżej. Dziękuję! :)

===============

Sandra:(S)
Wielu ludzi uważa, że święto 14 lutego jest komercyjne i bezsensowne jakie jest twoje zdanie na ten temat?
Świrowski:(Sw)
Przede wszystkim, trzeba zacząć od tego, iż mamy takie święto, jakie do siebie przyjmujemy, i takie, jakie potrafimy stworzyć. Więc można by Twoje pytanie ująć tak: Jeżeli komercyjne, to bezsensowne. W innych przypadkach moze być piękne święto, tak samo jak święta Bożego Narodzenia.

S:
Obchodzisz walentynki ?
Sw:
Niestety, nie mam dla kogo obecnie. Ale we wcześniejszych latach zdarzało mi się wysłać komuś serduszko jako sygnał, że nie jestem dla takiej osoby obojętny. Myślę, że jeżeli ktoś jest nieśmiały, to takie święto jest dobrą okazją do wyznawania uczuć, ponieważ działa psychologia grupy - nie wstydzimy się, jeżeli robią to inni wokół, łatwiej też jest obrócić to w żart, jeżeli nie wyjdzie.

S:
Zdarzyło ci się zostać odrzuconym w takim dniu ?
(tak na marginesie dałam kolesiowi walentynke w podstawówce on ją pokazał kolegom i połozył na ziemi i wszyscy na nia pluli po kolei )
Sw:
No, na pewno w taki sposób nie, jaki Ty ukazałaś, ale odrzucenie zdarzało się zawsze - w końcu nigdy nie miałem dziewczyny. Nie było to przerysowane, filmowe, tudzież telenowelowe "nie kocham Cię, odejdź", jednak sobie tylko znane sygnały świadczyły, że powinienem szukać szczęścia z kim innym

S:
A dostałeś kiedyś walentynkę?? Jak to wspominasz?
Sw:
Dostałem, i wiedziałem, że jest to podejście do sprawy żartobliwe. A ponieważ żart = radość = szczęście, więc nie miałem nic przeciwko takiej formule święta.
Trzeba mieć tylko trochę dystansu, i nikt nie mówi, że od żartów nie można przejść dalej. W moim przypadku, nie chciałem przejść dalej ja ;-) To było w 1 klasie liceum :)

S:
Co czujesz gdy co roku zbliża się to święto ??
Sw:
W tym momencie - nie czuję nic. Może to jest delikatne wyczekiwanie, że ktoś coś podeśle? Nie myślę jednak o nikim konkretnym, to taka nadzieja na miłe zaskoczenie, w sensie, że bedzie się coś dziać ciekawego. No i to miłe uczucie, być podrywanym, nieprawdaż? A skoro jest zwyczaj walentynkowy, specjalnie dla takich sytuacji żeby ktoś mógł o sobie dać znać, to gdzieś tam w mózgu na pewno zwieksza się poczucie prawdopodobieństwa. Niech będzie, że zwane inaczej nadzieją :)

S
więc wolisz czekac na gest niż sam go robic?
Sw:
Tego akurat nie powiedziałem, ale dochodzę do wniosku, że jakoś jak na razie odechciało mi się czynienia gestów - ale może kiedyś ta postawa czynna wróci. Jak mówiłem, nie mam do kogo.
Gdybym miał kogos realnie na oku, to wtedy bym 14 lutego miał za moment w sam raz do wyznawania uczuć, jeszcze uwzględniając, co druga osoba o tym święcie myśli (to bardzo ważne!) Gdybym wiedział, że jest 100% przeciw walentynkom, nie wysyłałbym takiej osobie nawet jakby już moją dziewczyną była, nawet jako kolejna okazja do potwierdzenia uczucia.

S:
Jak wyobrażasza sobie idealnie spędzone walentynki?
Sw:
Hm, dobre pytanie, nigdy sobie tego nie wyobrażałem. Wszystko zależy od tego, jak sobie to wyobrażałaby moja teoretyczna druga połowa, i ja chciałbym jej wyobrażenia spełnić. Gdybym dopiero tego dnia ów drugą połowę zdobywał - to oczywiście idealnym zakończeniem dnia było by pozytywne odebranie zalotów...

S:
myślisz, że w tym dniu ludziom samotnym bardziej ta samotność doskwiera niż na codzień?
Sw:
Jeżeli są podatni na wpływ otoczenia, to tak. To frustrujące, oglądać wokół coś pięknego, i zarazem dla nas niedostępnego. Dlatego dla takich osób rozwiązaniem może być... zwiększone zaangażowanie w poszukiwanie drugiej połówki.

S:
A myślisz, że to święto dotyczy tylko zakochanych par, czy można np. okazać wtedy miłość rodzicom, babci jakimś drobnym serduszkowym upominkiem?
Sw:
W świetle tego, jak to święto wyglądało wczoraj i dziś, uwzględniajac jego pochodzenie, to była by dosyć awangardowa innowacja. Od babć, tatusiów itp. są inne święta. Lepiej nie wrzucać wszystkiego do jednego worka, bo może wyjść jednak nie wiadomo co.

S:
A co będziesz w tym roku robnił w walentynki ?
Sw:
Jak wspomniałem, wykażę bierność, może kiedyś znów przejdę w stan czynny - jeżeli tylko nadarzy się taka okazja.
A może nagle uderzy mnie strzała amora i nagle zapragnę komuś wysłać? Wszystko przed nami.

S:
Co myślisz o wszystkich gadżetach wlentynkowych
Sw:
To jest ta właśnie komercha. Lepiej zrobić coś samemu, włożyć w to trochę - właśnie - serca...

S:
A co byś zrobił?
Sw:
gdyby?

S:
no mówisz zrobic cos samemu
wiec co masz na mysli :D
np. ugototwałbys kolacje? xD
Sw:
No cóż, cały czas mamy dwie sytuacje - gdy szukamy kogoś, i gdy kogoś mamy. W tej pierwszej, napisałbym list własnoręcznie, włożył w to wiele emocji, i jedynie z tych wszystkich gadżetów dał prostą, czerwoną kopertę :) A w drugim przypadku jeżeli to byłby nie jeden dzień w roku, kiedy jestem w stanie okazać swoje uczucie - zrobiłbym to tak, aby zadowolić moja kobietę - a gusta są różne. W takim razie może kolacja, może kino, a może koncert, albo wycieczka po miejscach, które byłyby dla nas ważne, nam bliskie? Ta ostatnia opcja jest dość kuszaca, pod warunkiem, że nie była by powtarzana co rok ;-)

S:
Jeśli miałbyś również stworzyć jakieś święto jakie by to było?
Sw:
Również? Stworzyć? Walentynki to jednak nienowa tradycja, ostatnio tylko nagłaśniana. Święta tworzy ludzka tradycja, sądzę, że ja sam nie byłbym w stanie.

S:
Ale jakbys mógł sobie jakies wymyslic xD
Sw:
Nie mam pojęcia :-) Żadnego święta mi nie brakuje... No, może święta przyjaciela.

S:
a co ci sie najbardziej kojarzy z walentynkami ?
Sw:
Ten cały chłam w sklepach, niestety. No i pewne osobiste przeżycie w gimnazjum, ale już nie wzbudza we mnie żadnych negatywnych emocji

S:
Chciałbys jeszcze cos dodac?
Sw:
Aby Ci chłopak sprawił wspaniałe walentynki.
komentarze [6]

nasza-klasa.pl, wasz-problem.pl i ich-sensacja.pl >> środa, 16 stycznia 2008 20:07:37
A cóż to ostatnio się w mediach naszych stało? Toż niemalże zagryźć pilota od TV można, jak również w ataku nerwicy jednym ruchem zużyć najnowszą gazetę poranną w ubikacji...
Www.nasza-klasa.pl jest niebezpieczna... Wow, niezłe odkrycie. Jakie argumenty?
BO MOŻNA PRZECZYTAĆ TAM CZYJEŚ DANE OSOBOWE! No po prostu szok... Ale nie dla mnie, bo ja się na tą medialną falę strachu nie nabiorę.

Ciekawi mnie jednak!

...czemu tego nie odkryto tego wszystkiego przy gronie.pl (zbyt snobistyczne i zamknięte? Bzdura, zaraz to wykażę), wszystkich forach internetowych, fotce.pl - no o zgrozo, przecież tam podaje sie też wiele na tacy... może nie? A dużo trzeba? Jeszcze chwileczkę, to wam powiem. No i
myspace.com - powinna nastąpić już plaga śledztw i napadów jakieś pare lat temu... Ale tak się nie stało. Czemu nie? I czemu teraz (miało by) się stać?
No cóż, głupota ludzka jest tak specyficznym wirusem, że uaktywnia się przy każdej człowieczej działalności - a że na naszej-klasie.pl jest już ponoć sześć milionów potencjalnych nosicieli wyżej wymienionego mikroba, to wreszcie wywlokło się to do rozmiarów tak masowego zjawiska, aby było pożywką dla mediów... Plan medialnego ataku taki sam, jak zawsze: Nastraszyć, i nakręcić machinę, która pójdzie potem swoim życiem jak rasowa plotka po osiedlu.
Co straszne, (bynajmniej nie dla mnie, bo na studiach na wydziale ludzkiej niefrasobliwości -oj, jak ładnie ujęte, nie wiem, skąd u mnie tak dobry dziś humor- jestem już od paru ładnych lat)
mają nawet dziennikarze sporo racji, ale nie jest to nic odkrywczego. Jak pokażę (już za momencik!) na wyżej wymienionych serwisach poza "naszą klasą" również można sporo namieszać.
Ale...
Już właśnie miałem pisać, o cóż chodzi z tym niebezpieczeństwem, i czemu ono nie tylko na tym nowoodkrytym siedlisku zła naszej klasie siedzi, a tutaj zonk mi piękny wyskoczył, czytając jedną z popularnych, i niestety coraz bardziej brukowych gazet. Co tam wyczytać można? A no, że sodoma i gomora i obora + stajnia augiasza, a konkretnie, to wszystko, co powiedziała już telewizja, jednak z zapowiedzą już konkretnych przykładów. Rozpaczania tam jest tyle, co w zdaniu "pękły mi opony, ale je wymieniłem, nim obręcze pościerałem" Dokładnie tak. Opisują, jak to jeden z drugim głupi był, się pochwalił stanem majątkowym, ale na pogróżkach się skończyło, i ogólnie wszyscy boja się, że coś się STANIE.

No klękajcie narody! Ludzie, słyszycie to? Dosięgła nas fala przestępstw, która _dopiero_ nastąpi, jeżeli się nie opamiętamy! W naszej klasie przestępcy odszukali tysiące ofiar, które _dopiero_ namierzą! Albo najlepsze na koniec: Portal nasza-klasa.pl stał się takim, co będzie niebezpieczny...
Schizofrenia?
No, pismaki i tv-dziennikarze, pobiliście samych siebie - zagraliście proroków, kótrzy ubolewają nad czymś, co dopiero nastąpi... Jeśli nastąpi oczywiście! A jak nie? Wtedy już wszystko ucichnie, a jak ucichnie, złodzieje zabiorą się do autentycznej roboty.
I wtedy już ani grama nie usłyszymy o tym, co się stało. Bo przecież to było już omawiane, a potem sie po prostu stało. Ale temat był, a będa inne sensacje jeszcze.
Brzydko jest iść na fali, a taką falą nam się spirala strachu nakręciła. Jeden dziennikarzyna bąknął wpierw coś o tym, że może być niebezpiecznie - ten był jeszcze rzetelny, ...ale i ślepy, bo potrzebował ogromnej popularności jednego z WIELU PRZECIEŻ serwisów społecznościowych, aby się tym zainteresować. Lenie jedne, sensacja musi wlać im się do redakcji. No, a potem inni
zaczęli wymyślać scenariusze, a jak wyłożyli tematy do naczelnych, oni obejrzeli i stwerdzili - ok, ale że jeszcze nie nastąpiło... To ktoś lawinę przecież ruszył, lud to będzie chłonąć. No i wchłonął.
=====
A teraz to, na co pewnie czekaliście. Mały poradniczek, żeby było widać, że trochę tam pismaki
racji mają... Cały ból miałem w tym, że wyprzedzają fakty, bo tak są chciwi na sensację. No ale dość.

Opis zbrodni.
Loguję się do naszej klasy. Co tam mamy? Znajdź naszych znajomych po liście gg! Ale fajnie, trzeba ją tylko wyeksportować. No to do roboty. Powstaje nam plik tekstowy, wrodzona ciekawość wsadza tam swoje łapczywe dłonie, i co widzi po otwarciu? Pliczek tekstowy, i numery uporzadkowane zrozumiałym na pierwszy rzut oka kluczem przecinków. Dajmy spokój temu, kogo znalazłem, jak wbiłem listę. Chociaż wszystkie nazwiska osób, których nazwisk nie znałem, dały mi do myślenia, co tu się u licha dzieje.
Zastanówmy się - podajemy numer gg, i zaznaczamy, by się nie ukazywał nieznajomym. Toż to system wyszukujący z listy gg zakłada, że wszyscy są naszymi znajomymi, bo mamy ich na liście gg! Racjonalne? No, może... dla amerykan IQ 50 funkcjonowało by sprawnie i logicznie. Ale Polak potrafi... Co zrobić? Jeszcze wam nie świta?

!Wpiszcie wszystkie numery gg od 1 do 999999 (wprawny programista zrobi to w pare sekund) do pliku z eksportem listy, i wbijcie na chama jako "nasza lista" buehehe...!
Jako efekt dostaniemy na tacy listę wszystkich użytkowników gg, jakich ziemia nosiła, a raczyli oni zarejestrować się w portalu. I kij z tym ludzie drodzy, że nie życzył taki sobie pokazywania wszystkim numeru gg. Przecież dobrotliwe mózgi twórców serwisu uważają, że na gg zapisani mają Cię tylko znajomi.

Gdzie tkwi paranoja? W łatwości. Wpisać pareset numerów - to nic w porównaniu, co trzeba by robić w liście kontaktów mail, które nie są numerami idącymi po sobie... A tak jest na myspace na przykład.
ALE
Jednak miejmy na uwadze(!), że jeżeli nie brać brutalnie wszystkich, ale upatrzeć sobie jednego kolesia, to czysta psychologia, garść socjotechniki, i człowiek jest nasz. I to nie tylko na naszej-klasie.pl. Na myspace zarobki też niektórzy podają, na gronie zamknięcie na świat jest pozorne, bo wystarczyło mi 5 minut w google-które-powie-Ci-wszystko, by odnaleźć pacjentów rozdających zaproszenia komukolwiek znajdą w sieci. Ot, chociażby takiemu się przyglądam najpierw, ale biedny jest, jak pies kościelnego, to szukam mu po przyjaciołach (i to mówie, NIE na naszej-klasie.pl WYŁĄCZNIE, ale na gronie, czy myspace mozna robić podobnie, jedyna róznica, że na gronie musimy występować w roli dziada proszalnego po zaproszenie...) no i znajduję jakiegoś faceta typu "Ken", czyli żel fura skóra i komóra, no i zagaduję, gdzie taką kurteczkę kupił, bo ja też chcę miec taką szykowną, w ogóle podjeżdzam mu pod ambicję, że ma dryg do wyboru odzienia i z taki wszystkie lasencje podrywa na dysce. No to taki facet na 80% odpowie, mając okazję do potwierdzenia moich pochwał - tak, kupiłem tu i tu, a potem skąd jesteś, i tak się zaczyna. Sposobów, by podejść człowieka jest mnóstwo. I miejsc TEŻ. Więc miejcie głowy, a nie dosięgnie was problem, który dopiero was dosięgnie (według mediów).
komentarze [7]

Alfabet końcoworoczny >> środa, 2 stycznia 2008 17:54:29
Ponieważ podsumowania robi się gdy coś się już definitywnie, na 100% skończyło, toteż zamieszczam alfabecik w nowym roku. Dziękuję za pozwolenie na wykorzystanie pomysłu, bo tym co dobre należy się dzielić, a od innych brać za wzór :D
No, to lecimy :D

A - Ania, (oryg. Ania zy Tfóh Tempyh) Jedno z jezior islandzkich. Bardzo urocze jezioro, moje ulubione ;-) W wielkiej wyprawie nie dotarłem jeszcze tam, gdzie się znajduje, ale skoro Kamiński zaszedł na biegun, to ja do jeziora też zajdę! :D
A' - Adrian, (oryg. Adrian zy Tfóh Tempyh) Drugie z jezior islandzkich, w wyniku naturalnych procesów geo i hydrologicznych, usilnie zbliżające się do jeziora Ania. Naukowcy podejrzewają, że w lutym te dwa jeziora wreszcie się spotkają.
B - Blog - To już rok... Warto było? Ja tam nigdy nie żałuję odpowiednio uformułowanych i szczerych myśli. Mam poczucie robienia czegoś nieco innego od 80% BlOoOgaSkÓffF. Żeby tylko nieco.
C - Całoy!
D - Dupa z tego. Czasem się zdarza w życiu, prawdopodobnie dlatego, żeby spróbować coś innego/jeszcze raz/od nowa i inaczej.
E - A to taki standart oznaczania substancji chemicznych w produktach spożywczych, po nim występuje liczba zazwyczaj. Nie jestem jakimś przeciwnikiem niezdrowego żarcia (czasami to co zdrowe, to jest zdrowym jedynie w skutek przereklamowania), ale w 2007 roku nie zmieniłem jadłospisu jakoś radykalnie. Nadal jestem wszystkożerny.
F - Fren. Osobnik o wysokim instynkcie gościnności, posiadający u siebie zawsze takie zapasy jedzenia, że zapominałem o problemie głodu na świecie. Potrafi tak zapełnić noc inteligentnymi i yntelygentnymy rozmowami (zależnie od tematów rozmowy, a te są doprawdy różne), że czasem zaczyna nocy brakować, a i oraganizm w końcu podejmuje decyzje o śnie wbrew właścicielowi. A w dzień... w dzień można będąc u Frena stwierdzić, że 12 godzin przy kompie to naprawdę liczba nie do pobicia, (bo potem dzień się kończy)...
G - Gówno. Posada wiceprzewodniczącego samorzadu szkolnego w otoczeniu osobowym, z jakim musiałem wtedy pracować.
H - A do tej literki sobie wstawcie, co chcecie :P Tutaj mi pasuje: Humor Gabrysi; Haracze komórkowe w formie abonamentu; Historia, którą wciąż chcę zdawać; Hurraoptymizm, który czasem się przydaje...
I - Intensywne skupienie: na piętnaście dni przed poprawką się pojawiło. Opłacalny w skutkach odruch.
J - Jazda. Niezapomniana jazda lokomotywą SM42, jak na daną chwilę to ile bym nie jechał, było by mi mało. Nie wstydźcie się łapać autostopa na szynach ;-)
K - Kuracja sanatoryjna... Cała notka o tym była, więc i tutaj ślad pozostać musi, bo taki też odbił się w moim życiorysie. Ale... co nie może zabić, to wzmocni, chyba o tym mówiłem :-)
L - Laptop. Fajna, przenośna rzecz. I muszę przyznać, że faktycznie jej przenośność doceniłem po zakupie, a przed nim sam miałęm w sobie gram niepewności, czy będę jej potrzebował. Ale jednak. Morał z tego taki, że lepiej kupować na wyrost, bedzie to taka polisa "Od Następst Niespodziewanych Okoliczności"
M - Matura. Ale o niej pieprzą już od pierwszej klasy, jednak jest to tendencja, w miarę zbliżania się do godziny zero, wzrostowa. Tyle się obijała o uszy, że trzeba zanotować.
N - Niesmak. Powstaje, gdy po jednym zachowaniu poznajemy osobę, którą przedtem wydawało się, że poznaliśmy w ciągu całych miesięcy. Ale nie poznaliśmy. Jednak, okazuje się, poznawaliśmy tylko, a tego zachowania dołączającego do kompletu całego ich możliwego wachlarza u danej osoby, jeszcze nie. Czasami, zgodzę się, jest to zaskoczenie, czasami kolejny neutralny dla oceny szczegół, a czasami ów właśnie niesmak. Najważniejsze, że mimo wszystko nie żałuję, że poświęciłem tejże osobie swój czas. Żałować można jej, nigdy SWOICH czynów. Bo ze swojej strony jestem w porządku, i przyczyniałem się do szerzenia pozytywnych wartości. Niesmak zawsze idzie swoją drogą, bo z drugiej strony, nie można nie potępić tejże osoby za to co czyniła.
O - Osiemnastka. Ocenię za drugie tyle lat, jak na razie synonim młodości dla mnie bardziej, niż dorosłości...
P - Pomoc. Nigdy nie oferowana, wynikała sama z siebie, przynosiła różne skutki; szczęśliwie pozytywne. Ja jej niewiele potrzebowałem w 2007 roku - taki samowystarczalny jestem? A może taką najlepszą pomocą jest ta niezauważana? Nienachalna? Ale ja ją zarejestrowałem. I dziękuję tym osobom, bo czułbym się dziwnie, gdybym to tylko ja
S - Sławlim. Szlug typu slim, o interesująco płaskiej formie, wyrabiany naturalną metodą zgniecenia w portfelu Sławomira w celach zachowawczych.
T - Tomik wierszy wydany w nakładzie jednej sztuki. Pozdrowienia dla szczęśliwej posiadaczki, jest poniekąd autorką sukcesu tej książki ;-)
U - Uznanie. Prawdziwe tylko na Śląsku ;-) No nie no, ale bez parafraz różnych spotów reklamowych - miałem go w tym roku od paru osób, od jednych mniej, od drugich więcej, od niektórych w poszczególnych kategoriach życia, od niektórych bardziej całościowo... Każde jest dla mnie cenne :)
W - Wsparcie. Szczere, autentyczne, a więc i wywierające pozytywny wpływ. Daje je niejednej osobie, a wiele z nich potrafi dać mi... Dziękuję :) W przypadku jednej osoby, nawet nie muszę nic mówić, a wiem, że wsparcie mam - nie tylko przy maturze próbnej, i za to Tobie dzięki :*
Z - Zryte łby. Zjawisko zachodzące, gdy nawiążę kontakt z Frenem (patrz F), silnie gwałtowne i niespodziewanie. Nie trzeba nic brać, a loty nieraz takie, że Okęcie zazdrości.
komentarze [4]

I po świętach... >> czwartek, 27 grudnia 2007 21:32:05
Krótka piłka - był u was Mikołaj? Jak zwykle... nie, hehe. Starzy musieli wymyśleć jakieś powiedzonko, czemu nie, i kto to do cholery jest tak właściwie ten pajac w czerwonym, co buja radośnie worem już dwa dni po święcie zmarłych przed każdym centrum handlowym... A, że w każdym domu inne tradycje, oto więc...

Co mówią o św. Mikołaju różni rodzice:

Katolicy
Są święta, jest Mikołaj. Przecież chodził w supermarkecie.

Katolicy (Radio MaRyja version)
Żydowska masoneria wykradła św. Mikołaja, umieszczając go gdzieś za kołem podbiegunowym, komercjalizując go, wykorzystując go do swoich niecnych celów, i mamiąc nasze biedne, małe owieczki... ale św. Mikołaj Rydzyk was nigdy nie opuści, zróbcie więc mu prezent na gwiazdkę... Kochani wierni, nie ma już mikołaja, musicie przejąć jego rolę, i wpłacać, wpłacać potrzebującym... radiowcom... (itp. itd.)

Żydzi
Dajcie spokój Mikołajowi, my czekamy na coś lepszego...

Protestanci
U nas nie ma kultu świętych, ale ktoś tam ci prezenty, synku, przyniesie...

Krisznowcy
Hare kriszna, hare, hare kriszna... Mikołaj? OK, Hare mikołaj kriszna, hare, hare mikołaj kriszna... Powtarzaj, powtarzaj synu, jak powtórzysz 35647 razy w roku, to może przyjdzie w następnym
Islamiści
U nas nie ma śniegu, to nie przyjedzie na tych swoich saniach. Pozatym, Koran o nim nie wspomina, to znaczy, że go zabrania.

Ateiści
Mikołaj to opium dla mas.

Nietshe
Umarł wraz z Bogiem, pokaż dziecko, że jesteś nadczłowiekiem, i sam sobie prezent wyczaruj.

Faszyści
Nasz Furer bardziej opiekuje się swoim narodem, nie potrzeba nam jakiejś jednodniowej pomocy charytatywnej z Finlandii

Komuniści
Mikołaj to wytwór klas posiadających, dla niepoznaki ubrany w czerwony mundur, ale Armia Czerwona go dopadnie.

Komuniści (wersja postępowa)
Jeden Mikołaj nie jest w stanie przyjść do każdego. Ale każdego obdzieli, ma swoich pomocników, z delegatur komitetów wojewódzkich partii, rozdających paczki na Boże Narodzenie.

Murzyni
Yo, Nigga, pi**** białasa!

Metalowcy
Papa Het przyniesie Ci prezenty, tylko może nie w tym roku, bo musi się jeszcze troche zestarzeć, i zapuścić jeszcze większa brodę

Informatycy
Wystąpił krytyczny wyjątek, i mikołaja musieli zamknąć. Damy Ci w tym roku wersję demo, i tatuś przyjdzie z prezentami

A jak wam rodzice mówili?
komentarze [3]

Kolejna rzecz o zachowaniach ludzkich, czyli grzybki w barszcz. >> piątek, 16 listopada 2007 14:19:16
To bedzie takie zbiorcze panopticum, galeria osobliwości, jak mi się co przypomni, to jeszcze dołożę... Zapraszam więc do tego muzeum:

#Osobliwość pierwsza - sentencja:

Każde zło z mściwością odparte,
Złem większym dla nas się staje,
Złem większym dla nas w sumieniu się odbija.

Ot tak, po prostu. Zróbcie z tym co chcecie, albo... Nie, nie albo. Bo to i tak zginie w mrokach dziejów, niczym wypociny innych pisarzy, co ich wielkość jest budowana groźbą oceny z polskiego niższej niż zadowalająca, gdybyśmy się tej wielkości sprzeciwili*
Napisałem to na polskim, woląc samemu tworzyć, niż słuchać, jak tworzyli inni. Paranoja z tym programem nauczania. To tak, jakby nauczać, jak produkowano np. piły do drewna, pokazywać, jak innym się uciąć drwa nimi udało, ale NIE DAĆ spróbować uciąć drewna SWOJĄ własną, wyprodukowaną piłą... Ja sie wszechmiar nie daję. Niech mnie zabiją, ale tworzył będe. Bo jak mam wiedzieć, czy tworzę coś dobrego, jak nie stworzę? Tyle że sam się sobie dziwię, że nie wyszedł wiersz, ale myśl wierszowana. No, ale zawsze się polski do natchnienia przyda...

*Słowacki wielkim poetą był! - Gombrowicz miał łeb, jak to pisał... 80 lat temu, zmieniło się coś?

#Osobliwość druga - kawał:

Idzie sobie facet z pitbull terierem, i mija jakiegoś gościa. Nagle pieseczek pobiegł za gościem, a facet tylko krzyczy:
- Zostaw pana!
potem:
- Nie gryź pana!
aż po chwili:
- Jak już zagryzłeś, to chociaż nie szczyj już na niego, ty bestio barbarzyńska!!

Fajne? Możliwe, ja się natomiast zastanowiłem po chwili, ilu ma w sobie takiego pieska jak w tym kawale, co sie nazywa zemsta, zawiść itp. (patrz eksponat pierwszy w muzeum). I jak często jest tak, że doznajemy krzywdy, i chcąc tylko jako tako pojmowanej sprawiedliwości, by krzywdzacy nas doznał też porównywalnych cierpień, jakie nam zadał, zapędzamy się, i spadamy z moralnej drabiny, jako taki sam oprawca... I czyniąc tak samo, szczypta ideologii wystarcza, by usprawiedliwić wszystko. najniebezpieczniejsze w zemście jest to, jak względne potrafią być jej wymiary. Pogonię go? Zagryzę? Nie może jeszcze obsi..... na koniec. Oczywiście, wciąż za tą samą krzywdę. Człowiek potrafi, ech...

#Osobliwość trzecia - moja siostra stryjeczna:
Jak przeczytacie, co mi wysłała, to jednocześnie staną się dwie rzeczy:
1) Zorientujecie się, w jakim sensie jest osobliwością
2) Zwiątpicie w rodzaj ludzki, który jest w stanie:
-wymyśleć takie łańcuszki
-puszczać w sieć chwaląc się swoją chorą wyobraźnią
-znaleźć ludzi, którzy są w stanie to wysłać dalej...

Nie wiem, jak wy, ale jeżeli ja wysyłam coś komuś poprzez przekazywanie czyichś słów, znaczy to dla mnie, że sie pod nimi podpisuję. Jeżeli coś jest totalnie i beznadziejnie chore w treści, to ja to wywalam! Nie wiem, co lepsze:
- Świadomość, że mam siostrę, która kopiuje wszystko, i nawet jakby tam była treść faszystowska to by ją posłała dalej. Ach, ten lud-marzenie propagandystów, który wszystko kupi, a nawet, jak nie kupi, to rozpowie dalej, że nie trzeba plakatów rozlepiać, siła babskiego* instyktu plotkarskiego.
- Świadomość, że mam siostrę, która naprawdę wierzy w te bzdury! ;O
Jakie? No dobra, już, czytajcie...

xxxxxxx: (Poniedziałek 08.10.2007 17:18)
PRZECZYTAJ TO UWAŻNIE!
Pewna młoda dziewczyna siedziała wieczorem na komputerze wszyscy mieszkańcy domu już spali tylko ona siedziała na gg. W pewnym momencie
komputer zgasł i pokazały się czerwone lirtery : "Jutro o północy przyjdę do Ciebie i zabiję'' Dziewczyna się nie przestraszyła poszła spać. Poszła do szkoły i wróviła jak zawsze lecz następnego poranka mama dziwczyny poszła obudzić dziewczynę do szkoły nie było już po czym zbierać dziewczyna miała obcięto główę a resztę ciała miała obdarte ze skóry.Jeśli przerwiesz ten łąncuszek czeka cię to samo co Wreonikę przyjdzie do ciebie ten Duch i zrobi z tobą to samo co z nią dokładnie o 0:00. Jeeli prześlesz do 10 osb na liście będzie cię tylko straszył przez tydzień o północy,Natomiast jeśli prześlesz do wszystkich stanie się to, o czym marzyłeś/łaśprzez całe życie (Sprawdza się )
Adrian: (Poniedziałek 08.10.2007 17:19)


Lubię takie bajeczki na dobranoc, a Ty? :pp
xxxxxxx: (Poniedziałek 08.10.2007 17:20)
lubię i to bardzo. /. Olka pisze jakbyś nie skojarzył.. /
(Poniedziałek 08.10.2007 17:21)
a jak coś nie pasi to nie odpisuj, chyba że już naprawdę nie masz co robić i tak się strasznie nudzisz, że wnerwiasz ludzi..
i ave.
Adrian: (Poniedziałek 08.10.2007 17:21)
MI coś nie pasuje? :P
Czemu?
(Poniedziałek 08.10.2007 17:22)
Wiesz, ja twierdzę bardziej, że Ci, co wymyślają takie pożałowania godne historyjki do łańcuszków, naprawdę nie mają co robić - albo ich nie docenili jako scenarzystó do tanich japońskich horrorów :P
xxxxxxx: (Poniedziałek 08.10.2007 17:23)
oł. wygadaj się do pustego numeru gg, jak już nie masz z kim..

Ludzie, dajcie mi prosze rozumu ( w komentarzach najchętniej opiniami dajcie! ;) ), bo mi mojego nie wystarcza, by objąć jej rozumowanie... Czyżby typowy objaw zapatrzenia na czub nosa własnego? Co Twoje to moje, a co moje to wyp[piii....]? W przełożeniu na tą sytuację: Przesyła łańcuszki bedące szczytem twórczości powstałej właśnie, bo już kto nie miał czego wymyślać, ale to JA nie mam co robić, bo ją za to skrytykowałem...
Ludzie, powiedzcie, że to nie ja zwariowałem, bo ona ze mnie wariata próbuje zrobić :P

Aha, to, że jestem świrowski, i to od urodzenia, nie znaczy tak całkowicie, że wariat ;p

===
*Nie wszystkie kobiety go jednak mają, żeby nie było, że to powiedziałem! A które? One dobrze wiedzą, i jestem im za to niezmiernie wdzięczny, że wiedzą. Że plotkować nie warto. Nawet, jak nie wszystkie takie znam, to też jestem im wdzięczny.
===
ps. Swoją drogą, nie wydaje wam się, że taki łańcuszek posyłany przez komunikatory może być niebezpieczną formą propagandy dla naszego zinternetyzowanego społeczeństwa?
komentarze [4]

Rozmowy interpretacyjno-niekontrolowane >> niedziela, 4 listopada 2007 20:51:08
Dzisiaj nie bedzie przemyśleń, dzisiaj nie będzie MOICH wewnętrznych przeżyć, czy też zewnętrznych dokonań... Dziś daję wam szansę, by były i wasze.

Fly To The Rainbow - Scorpions

Rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty czwarty. Prehistoria dla większości z was, ale we mnie te lata i ich klimat ożył. Stało się tak za sprawą pewnej historii, którą opowiada ten wyżej wymieniony album. Możecie dorwać wpierw płytę, posłuchać jej, dopiero potem zasiadając do mojej interpretacji tej niezwyklej, okraszonej psychodelią opowieści, ocierającej się co rusz o idealizm, o fantastyczny świat, który usiłował stworzyć autor słów zawartych w kompozycjach...
Porwie was kosmiczny nastrój tej płyty, i nie wsłuchacie się zapewne tak bardzo w tekst. Jak potem przeczytacie moją interpretację, w której odkryję wszystkie zależności między tekstami, tajemniczość brzmienia zostanie zdwojona poprzez wrażenie odkrywania tej kolejnej, zaklętej w tekście. Tak samo ja się czułem. Niczym Indiana Jones, który w pozornie statycznych ruinach, które i tak wyróżniają się tajemniczością. nagle odkrywa ukryte przejścia, wiodące ku poznaniu innego przeznaczenia budowli ;)
Znamienne, że poznać go nie musimy. BO samo brzmienie już bedzie porażające. Jeżeli brzmienie płyty nas nie chwyci, to koniec. Nie ma co podejmować wyprawy. Jeżeli jednak chcecie więcej...

Zapraszam. Zakładam, że czytacie ten fragment już po posluchaniu, i jesteście gotowi :)

UWAGA: Całość w formie rozmowy, która odbyła się na gg między mną, a Lennves. Celowo, bynajmniej nie z lenistwa pozostawiłem tą formę, nie redagując jej. Skoro trafiła do niej, postawcie się na jej miejscu, i słuchajcie...
ps. W tym momencie czuję się, jakbym zapraszał do jakiegoś wieczorku filmowego na TVP. Ale tym razem będzie coś niczym stenogram z dyktafonu. Cóż, ale w Polsce ostatnio to dosyć popularne medium przekazu informacji, więc czujcie się jak u siebie w telewizji ;D

================Rozmowa====
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:17)
Jezu, jaka piękna piosenka mi się właczyła :D
Jak dawno jej nie słyszałem
Wszechmiar polecam
(Sobota 03.11.2007 18:18)
"Fly To The Rainbow" Scorpions
Monika L.: (Sobota 03.11.2007 18:18)
zaraz zobacze
(...)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:20)
to chyba nawet na wrzucie by było
utwór jest długi i trzeba mieć do niego podejście
9 minut, 30 sekund
opowiada o locie ku tęczy
(Sobota 03.11.2007 18:22)
Well, I lived in magic solitude,
Of cloudy looking mountains,
And a lake made out of crystal raindrops.
Roaming through space, ten thousand years ago,
I've seen the giant city of Atlantis,
Sinking into eternal wave of darkness.
Shhh.

Somewhere in the blue distance
Are those long forgotten trees of yore
A broken violin floating alone in December
Darkness everywhere, and nothing more
Symbol, strange symbol, melancholy
Painting torrid colors on a sky of green
Candle breathing one night only
Far away, in chillness, bleak, unseen
Drifting galley, ghostlike shadow
Sails rigged to catch and kill the time
Echoes wandering down an endless meadow
I feel ... sublime
(Sobota 03.11.2007 18:23)
tak nazywa się też cała płyta, i co warto zaznaczyć, cała ona odnosi się do dziewiątego, ostatniego utworu, jakim jest Fly To The Rainbow
to przemyslanie skonstruowana całość :D
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:23)
no no..
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:23)
Far away, in chillness, bleak, unseen
Drifting galley, ghostlike shadow
(Sobota 03.11.2007 18:24)
far away to tytuł poprzedzającej piosenki
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:24)
yhm
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:24)
a przed nią jest drifting sun, czyli jakby zapadał przedtem zmrok, i w momencie Fly to the rainbow jest noc
wyobraź sobie tęczę nocą... jakby chodziło o zorzę :D
(Sobota 03.11.2007 18:25)
kurdę, jak dla mnie to płyta wszechczasów jest, bez dwóch zdań
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:25)
;)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:25)
wszystko jak jedna opowieść, w któej łaczą się wszystkie niedopowiedzenia, wszystkie tajemnice...
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:26)
to epwnie ejst świetna..
chociaz wszystko zalezy od brzmienia.
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:27)
no właśnie jest ono takie... tajemnicze
kojarzy mi się z wyciszeniem w jesiennej szarudze
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:28)
mhm
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:28)
no i to... właśnie, brzmienie, jak ze starej kasety, identyfikuję je z latami 70'
nie dość, żę i tak album jest specyficzny w brzmieniu, to jeszcze moje specyficzne, osobiste odczucia...
(Sobota 03.11.2007 18:29)
bo pamietam, jak ojciec na starym, szpulowym magnetofonie to puszczał, miałem wtedy ze 4 latka, no i ta jesień za oknem
może dlatego to mi zostało do dziś :D
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:30)
moze :)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:32)
a wracając do przemyślanej historii - sama popatrz
1. Speedy's Coming
2. They Need a Million
3. Drifting Sun
4. Fly People Fly
5. This Is My Song
6. Far Away
7. Fly to the Rainbow
(Sobota 03.11.2007 18:33)
pierwszy utwór jest jeszcze nieoderwny od rzeczywistości jak inne, mówi o życiu rock'n'rollowym :-)
You look at a poster
You look at the wall
The wall in the room where you live
Where you live with your stars
Just listen to his records
Now hear what he says
For he says, "I love you little girl
Come to see me today"
(Sobota 03.11.2007 18:34)
hehe, końcówka zwrotki być może mówi nawet o przesadnym zapatrzeniu w idoli ;-)
(Sobota 03.11.2007 18:35)
typowe, przyziemne życie, lekko zabiegane
w końcu (speedy's coming :P)
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:36)
;)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:36)
a już następna piosenka...
I see a rainbow in the sky
So many colors and the light
I see the world and I see all the people
How theyre running all the time
człowiek, który zaczął patrzeć na to wszystko z boku
(Sobota 03.11.2007 18:37)
I see your shadow over me
Then in my ears I hear a symphony
I see the world and I see all the people
What they are doing what they need
They need a million and a billion
And your money too
They need a million and a billion
And your moeny too
(Sobota 03.11.2007 18:38)
cóż, dla nich liczą się pieniądze, a czego chce on, niczym zdystansowany pustelnik żyjący na uboczu?
I feel fine though I realize
That I dont need the million
They are all poor
I feel fine though I have eyes
To see my world and all it skits on ice
(Sobota 03.11.2007 18:39)
znajduje radość w wartościach niematerialnych, i wtedy nstępuje zmierzch :-)
(Sobota 03.11.2007 18:40)
Drifting Sun
Well, Im sitting on a stone
Sitting all alone
Daisies are rolling down the mountain
Well see the lonesome tramp
Whos living in the damp
Nobodys in the valley
Shine on, shine on sun
Oh its so cold right here
Shine on, shine on sun
Shine on all night long
All night long
(Sobota 03.11.2007 18:41)
Well, Im sitting on a stone
Sitting all alone
- no, czyli dobrze zagujemy, że w poprzedniej piosence chodziło o pustelnika ;p
(Sobota 03.11.2007 18:42)
Baby doll, Im sad and blue
Glossy wings will carry you
Well, midnight sun will never shine
These ravings of a fool
Youre thinking all about him all the time
Shine on, shine on sun
Oh its so cold right here
Shine on, shine on sun
Shine on all night long, all night long
All night long, yeah
prosi, by słońce świeciło, jakby je zaklinał :-)
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:42)
;)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:42)
One day baby told you sun just fades away
Forgot your life is fading, now hes in the grave
Some days like drifting haze
Some days like glowing blaze
Some days like tides of light
Some days like tides of night
(Sobota 03.11.2007 18:43)
ale zmierzch, także pewnych rozdziałów w życiu, jest nieubłagany
Travelling along a tropic highway
Crazy as the world goes round and round
Hallowed heaven, night or day
Burning thing has putting the sun away
Shine on, shine on sun
Let it shine on all night long
Shine on, shine on sun
Let it shine on all night long
(Sobota 03.11.2007 18:44)
hm, czyżby szaleństwo biegnącego świata z pierwszej piosenki sprawiało że coś na tym świecie gaśnie? ;>
(Sobota 03.11.2007 18:46)
inaczej można interpretować, że słońce gaśnie, ale niech coś świeci całą noc - czyli księżyc :P Ludzie nie zdają sobie sprawy, że coś tracą, bo zawsze jest coś, co nawet słońce zastąpi xD
(Sobota 03.11.2007 18:47)
moze to i przestroga? :-) Może, jeżeli odnieść metaforę do ludzi, są jednak Ci niezastapieni, i lepiej, byśmy o takich nie zapominali?
Choćby błyszczeli jak słońce, a my nie zwracamy na nich uwagi?
One day baby told you sun just fades away
(Sobota 03.11.2007 18:48)
w końcu mowa tu o "jej słońcu", czyli jakby osobistym blasku ;-)
cóż, świat niektórych ludzi wygasza, tłamsi
heh, nie zanudzam?
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:49)
jasne ze nie :)
lubie posłuchać jak ktoś normalnie sie wypowiada i nie pisze PoKeMoNeM
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:49)
:D Żebym czasem nie został odebrany, że gadam jak nawiedzony xD
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:49)
nie no na pewno nie..:P
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:50)
dziekuję :D
Monika : (Sobota 03.11.2007 18:50)
ależ nie ma za co
Adrian: (Sobota 03.11.2007 18:50)
a więc słońce chyli się ku upadkowi
pustelnik chce chyba uratować świat, bo nakłania, by wszyscy od nieog uciekli, odnaleźli w czymś radość, radość w tym podłym świecie
(Sobota 03.11.2007 18:51)
Fly, people, fly
And I see the tears in your eyes
The rain will fall tonight
And tonight we'll go to the sky
Because and we fly
All together
Fly to the sky
Fly to the rainbow
Fly people fly
Fly people fly
i już wiadomo, gdzie będzie podróż? :P
(Sobota 03.11.2007 18:53)
to piosenka najbardziej chyba wyzwalająca optymizm, a raczej bardziej nadzieję na coś optymistycznego w smutku
And I see the smile on your face
When you look into space
He's so bright and he is so great
Come on or it's too late
(Sobota 03.11.2007 18:55)
tutaj to "He's so bright and he is so great" jeszcze nie wiadomo, do czego się odnosi, a raczej do kogo
See the rainbow in the sun
The man will not go
And the world they have no fun
Hurry up people run
The man will not go... Facet nie pójdzie - może to ten z plakatu na ścianie w pierwszej pisoence?
(Sobota 03.11.2007 18:56)
*piosence
Popatrz, jak to się wszystko zaczyna układać :D
All together
Fly to the sky
Fly to the rainbow
Fly people fly
Fly people fly
A gościu namawia do szczerej radości, nie tej w powierzchownych rozrywkach :-)
(Sobota 03.11.2007 18:58)
Do tej piosenki nie powstał żaden teledysk nigdy... Ale ja sobie wyobrażam go tak, ze o zachodzie słońca, wszyscy startują ku niebu - na motolotniach, awionetkach, balonach, sterowcach, każdy z entuzjazmem chce wyruszyć po szczęście, chce wyruszyć do tęczy :-)
całe gromady różnych pojazdów latających ;p
(Sobota 03.11.2007 19:00)
piękny by był, no nie?
(Sobota 03.11.2007 19:01)
jesteś?
(Sobota 03.11.2007 19:04)
no, ładnie, to ja tu w próznię gadam..
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:05)
no jestem jestem
tylko przepraszam na chwilek odeszłam
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:05)
ok :-)
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:05)
;)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:05)
no, to dochodzimy do piątej piosnenki, This is my song :D
(Sobota 03.11.2007 19:06)
I cant believe what the people say
Theres only hate everywhere
So many people go different ways
So many things dont you care
(Sobota 03.11.2007 19:07)
no jakby idealne potwierdzenie, co mówiłem wcześniej, tylko sluchając po kolei, wyjaśnia nam sie to dopiero teraz :D
They see nobody, they see themselves
But a stage like in a show
They see the hell, and they need your help
They need your help, they need love, love
(Sobota 03.11.2007 19:08)
no tak, ludzie potrzebują miłości
ale w refrenie mamy
This is my song
I tell you about the story of love
This is my song
I tell you about the story of love
To moja pioenka, powiem Ci w niej cos o historiach miłosnych...
czyli nie zapatrywać się na łzawe romanse, tylko ją czynić! :D
Monika L.: (Sobota 03.11.2007 19:12)
czemu?
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:13)
co czemu?
przepraszam, nie było mnie moment
(Sobota 03.11.2007 19:14)
?
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:15)
czemu " nie zapatrywać się na łzawe romanse, tylko ją czynić!"
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:16)
bo jak ktos tylko mówi o czymś, to mówi, jak patrzy, to patrzy a chodzi o to, by przejść od słów do czynów :D
I think I need you, you need me too
The place where we live is here
The world is griping what can I do
For you and you everywhere
I sing this song bout the world of love
And hope you hear what I say
Forever freedom, forever love
Forever love everyday
(Sobota 03.11.2007 19:17)
I dalej idąc, to
I sing this song... właśnie, nie o świecie, zapomnijmy o nim, on mówi o world of love, świecie miłości :D
(Sobota 03.11.2007 19:18)
zatopmy się w inny świat, nasz, lepszy - tą wymową piosnka wpisuje się w ciąg ku tęczy, ku temu lepszemu światu - tyle, że tutaj jest to śwat miłości akurat
(Sobota 03.11.2007 19:19)
widzisz, jak rasowa epopeja. Człowiek prowadzi świat ku lepszej drodze, ale zawsze jest w niej miejsce na miłość do ukochanej kobiety. Tym miejscem na tej płycie-opowieści jest ta piosneka :)
Monika: (Sobota 03.11.2007 19:20)
yhm
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:21)
no to w atmosferze miłości przenosimy się do kolejnej piosenki
jest nią Far Away
(Sobota 03.11.2007 19:22)
ten człowiek, bohater całej serii piosenek, w tym momencie już zrobił wszystko - ostrzegł świat, wziął dziewczynę ze sobą
(Sobota 03.11.2007 19:23)
czas wyruszyć w podróż
Take your hand and you take my hand
Let's try to learn to fly
Here what I say, here what I say
Dream and close your eyes
piękny, liryczny poczatek piosneki :D
(Sobota 03.11.2007 19:24)
cały czas mowa o locie gdzieś daleko - dla fanatyka lotnictwa takiego jak ja, to jest to zachęta nie do odrzucenia, tak na marginesie ;P
Too much hate
Too much hate
So many things are wrong
So many ways, so many ways
Flying through the sky forever
into another time
- czyli - idźmy do przodu, świata nie da się już uratować, jeżeli sam tego nie chce
(Sobota 03.11.2007 19:25)
lećmy w przestworza na zawsze, w inny czas...
czyżby chodziło o samobójstwo, i przejście w życie wieczne? (inny czas)
(Sobota 03.11.2007 19:26)
Yesterday so far away
Many miles together
Were looking for a way
wczoraj, tak daleko - czyli ta droga już jest bez powrotu, trzeba lecieć
Day by day
So far away
All the world
To do the same
...bo świat i tak się nie zmieniał
(Sobota 03.11.2007 19:27)
So we go together
Will you show me the way
Time has gone
It has gone
czas upływał, i upłynął - tak, chodzi o przejście do wieczności
(Sobota 03.11.2007 19:28)
Far away, far away

And today
I'll see a way
Follow me we love you
Just listen, what I say

Forget your name and yesterday
Put out your hand
I'll do the same
tutaj podmiot liryczny mówi, by się po prostu nie bać, wyzbyć się wszystkiego z rąk
Now were going to another land
Will you show me the way
Time has gone
It has gone far away
Far away
(Sobota 03.11.2007 19:29)
idziemy do innego świata, i teraz intrygujący zwrot
"Will you show me the way
"
(Sobota 03.11.2007 19:30)
TY pokażesz mi drogę, mówi podmiot - ale czy do ukochanej? Przecież sam wcześniej mówił, by słuchała jego :P
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:30)
ciekawe
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:30)
to jest najbardziej nieodgadniony element albumu, choć zawarty w prostych słowach
moze odwołuje się do Boga, zwracając się nagle do niego?
to już bardzo odważne podejście
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:31)
ahi
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:31)
no i ostatnia piosnenka to już sam lot
stało się, Fly To The Rainbow
(Sobota 03.11.2007 19:32)
Life is empty, can't remember anytime before,
On a plain lit cold December, see it evermore,
Gliding through this life, and another as a child,
Ever doing games, and losing things, always playing gigs.
Somewhere in the sky, where the moon the stars shine bright,
Where the sun is shining, in the night.
I am in disgrace, yet i see your smiling face,
and i hope you let me, share your place.
I don't live today.
(Sobota 03.11.2007 19:33)
I don't live today - po tym sielskim wstępie intrygujący jego koniec
(Sobota 03.11.2007 19:34)
czyli miałęm rację? Nie żyje dziś - Czyżby przeszli do wieczności? Nie wiadomo, a moze
nie żyje, bo nie zajmuje się sprawami życia?
(Sobota 03.11.2007 19:35)
zwróćmy jeszcze uwagę, na - znowu odwołanie! - Where the sun is shining, in the night.
Drifting sun!
(Sobota 03.11.2007 19:36)
czyżby na końcu tamtego utworu była przerzutnia do tego, co się będzie dziać teraz? ;>
(Sobota 03.11.2007 19:37)
słońce zaszło...
I am in disgrace... tak, tylko zobaczyć jej usmiechniętą twarz,
i mieć nadzieję, ze pozwoli ona mi podzielić się swoim miejscem
nie żyję dziś...
(Sobota 03.11.2007 19:38)
brzmi, jak "ta ostatnia niedziela, daj mi jedną niedzielę, a potem strzelę sobie w łeb" :P
jak to śpiewał Mieczysław Fogg dawno, dawno temu ;p
(Sobota 03.11.2007 19:39)
no cóż, może lot ku tęczy to lot ku nieśimertelności? :-)
Może właśnie teraz bohater dociera do raju? Czyli tej tęczy...
(Sobota 03.11.2007 19:40)
dalej jest:
Rain in the sky made the world fly into time
Back beyond time
Sun in the sky made the world fly into time
Back beyond time
(Sobota 03.11.2007 19:41)
piękno przyrody uczyniło,że świat lata w nim - to dosłownie się nie przetłumaczy
chodzi tu - myślę - o uczucia
(Sobota 03.11.2007 19:42)
i ten deszcz, i to słońce, wraca, no, i znowuż - ponadczasowo!
(Sobota 03.11.2007 19:43)
Well, I lived in magic solitude,
Of cloudy looking mountains,
And a lake made out of crystal raindrops.
Roaming through space, ten thousand years ago,
I've seen the giant city of Atlantis,
Sinking into eternal wave of darkness.
Shhh.
żył na odludziu, pustelnik...
na atlantydzie :D
(Sobota 03.11.2007 19:44)
czyli tak jakby on tą wieczność już osiągnął dawno temu, i teraz wędrował po swiecie - historia zatacza krąg :)
(Sobota 03.11.2007 19:45)
I teraz... I don't live today - nie żyję dzisiaj = bo żyje zawsze :D
Ja myślę, że te dwa znaczenia wraz ze wcześniejszym były specjalnie tak umieszczone, one są równoważne D:
* :D
(Sobota 03.11.2007 19:46)
Somewhere in the blue distance
Are those long forgotten trees of yore
A broken violin floating alone in December
Darkness everywhere, and nothing more
Symbol, strange symbol, melancholy
Painting torrid colors on a sky of green
Candle breathing one night only
Far away, in chillness, bleak, unseen
Drifting galley, ghostlike shadow
Sails rigged to catch and kill the time
Echoes wandering down an endless meadow
I feel ... sublime
(Sobota 03.11.2007 19:47)
osiąga wieczność, czując się wspaniale, w pięknej scenerii, nocnej, trochę przytłaczajacej... ciemności, może w przestrzeni kosmicznej, może blisko niej, i widmo zorzy jako nocnej tęczy tu pasuje :
:-)
A sam kosmos to też nieskończoność...
odlecieli w nieskończoność
I tak kończy się historia
Piękna, no nie?
(Sobota 03.11.2007 19:48)
jeżeli słuchałaś już teraz piosenki, zrozumiesz wraz z końcowymi dzwiękami, czemu to uczucie nieskończoności jest tak silne :D
piosenka nie ma końca - wycisza się po prostu :)
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:50)
to chyba cos dla mnie
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:50)
:D
(Sobota 03.11.2007 19:51)
ja chyba to wykorzystam na blogu, ten opis
pierwszy raz spisałem o w słowa
opis płyty
tzn. interpretację :D
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:51)
;)
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:52)
Pewnie teraz chciałabyś odsłuchać całą płytę, i poznać tą niezwykłą historię uchem, no nie? ;>
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:55)
Pewnie, że tak.. zaciekawiłes mnie :P
Adrian: (Sobota 03.11.2007 19:55)
No to wrzucę na rapida dzisiaj sobie pobierzesz jeszcze
Monika : (Sobota 03.11.2007 19:55)
ok
dzieki
:*
================Koniec======



Sprawcy zamieszania:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Uli_Jon_Roth
Uli Roth - chociaż nie popełnił wszystkich tekstów, to z pewnością jego muzyka wpłynęła na resztę ludzi w zespole - tak samo jak podziałała na słuchaczy, hehehe. I tak powstała niemalże muzyczna epopeja. Dzięki jego zmyślności i talentowi do tajemniczych melodii. Na pewno artysta z wyższej półki. (I na kolana chamy! - chciało by się rzec, ale nie przesadzajmy. Wystarczy szacunek, nawet jeżeli to wszystko wyżej wam się nie spodobało, to sami stwórzcie coś lepszego, a potem możecie gościowi szacunku nie okazywać ;-P )

Podziękowania:
Dla Anusi- Dzięki Tobie ta notka pojawia się na tym blogu, bo wiem, że zrozumiesz mnie w pełni, i do końca, odbierając z tekstu wszystko, co chciałem zapisać, a nawet to, co mi się nie udało, i pozostało w mych myślach... No i dlatego, że po prostu chcesz mnie czytać ;-) Dlatego wstawiam tą notkę, i dlatego również dziękuję :*
No i oczywiście dla Moniki - Że wysłuchałaś mojej interpretacji do końca, i ona w ogóle powstała dzięki temu, bo powstawała spontanicznie. No, i że sięgnełaś po niej po ten album, co przekonało mnie, że te moje słowa są akurat skuteczne :-)
komentarze [4]

Nawrotnik, nastawnik, bocznik i kran >> niedziela, 7 października 2007 00:00:12
And you'd like to be another
A different guy and a better lover
For your love, for your life check your way.
And you like the rocknroller
A different life and whisky cola
But dont be low keep your own style
And catch your train!

Złapałem ten pociąg... To była droga do szkoły. Rzecz w tym, że mnie wcale ona nie pociągała. Ale to wynikało tak naprawdę, tak odzierając z tej całej otoczki, nakręcanej czysto zwyczajowo śpiewki o tym jak uczniowie nienawidzą szkoły, ze zmiany trybu życia. Choćbym się nauczył tam wiele, otworzyłyby się dzięki temu te możliwiości, świetlana przyszłość, kariera, praca i płaca, to była to przyszłość. A teraźniejszością było (BYŁO!, ech...) pławienie się w nieróbstwie, dostrzeganie wszystkich ukrytych myśli, które gubimy w pośpiechu, jak na filmie w zwolnionym tempie, gdzie nagle dostrzegamy, iż akcja filmu ma dziać się we wrocławiu, a aktorów mijają samochody na warszawskich numerach... Nikomu niepotrzebne szczegóły, które nie zmienią fabuły, która i tak toczy się na swoich zasadach, ale właśnie... my nie chcemy iść dalej, tylko rozglądamy się za szczegółami dla samej przyjemności ich zdobycia. Bo play ktoś wciśnie potem, mamy więc czas, nie na rozmyslanie przecież, co z naszym życiem czy inne wiekopomne chwile. Jak ktos ruszy dalej tej film,to pójdzie on wiadomym tokiem, na razie niezmiennym, takim chociażby planem lekcji, który to na pewno się pojawi. Aż do końca szkoły. Dopiero potem czas na zmianę kasety, i decydujemy się, czy wrzucić ustalony tok zycia A, czy B, czy może C... W tych dalszych tokach też będziemy miec elementy urlopu, takiej pauzy, zastoju dla zastoju, dla... własnej przyjemności z tego wziętej. Bo wielokrotnie lubimy co robimy, chcemy to powtarzać, powtarzać, powtarzać... A taki urlop=zawór bezpieczeństwa, broni nas przed rutynami, i innymi cholerstwami.
I takie są też wakacje. Siedzi człowiek, nie rozwija się, bo nie ma tego robic, to zabronione, ma mieć przyjemność z tej przerwy. I ma. Przyzwyczaja się do wszystkiego, i to się staje jego zyciem.
A tu BUCH! ...szkoła.
Te całe paragrafy tekstu które waliłem powyżej, służyły wyjaśnieniu, czemu tak właściwie i naprawdę, człowiek dostaje nerwicy z powodu róznicy. Trybu życia, a nie samej szkoły, jak to nam próbuje wmówić pop-kultura.

A jak to wyglądało u mnie w praktyce? Człowiek budzi się w swoje potworne wizje, mając przekonanie, że sam obiera drogę do kata, frustracja wykręca myśli, wydłuża drogę do szkoły, podnosi ją pod górę, dodaje wiatr w oczy, taaaak... Albo po prostu wypełnia ją zniechęcającym znużeniem, jakby człowiek już popadł w rutynę... A może to tylko objaw w nią popadania, tzn. tego startu? Że wydaje nam się, iż jesteśmy w niej za długo, chociaż się jeszcze nie zaczęła?

Ja, przechadzając się do szkoły, skojarzyłem to sobie z ruchem pociągu, tak po całości. (oho, zaczyna się sedno tekstu, brawo... - o, autoironia, no to chyba rzeczywiście szkoła mnie przemienia już, taaak... za chwilę już się przyzwyczaję, i znów będę ciskał gromy sarkazmu na innych, hehehe...) Taki tekst pojawił się na moim plejerze, zachęta, by wsiąść w pociąg. No to czemu nie. Niemniej jednak tekst (piosenki) ma swoją oczywiście wartość merytoryczną, na którą powinno się zwrócić uwagę osobno...

Budzę się. Na początku nic poza tym faktem, ale jedno spojrzenie na zegarek, i zdecydowanym ruchem podciągam się do pionu. Inaczej nie osiągnę celu, inaczej nie wejdę do świata na jawie, będę trwał w tym łóżku całkowicie bez energii, pusty, gdy dzień przemija...
//Maszynista wsiadł do swojej maszyny. Zimna, ciężka, martwa. Sama z siebie nie zmieni tego stanu, przecież to on jest jej panem. Zrobi wszystko dla niego, byle by tylko się obudziła. Nie ma wyjścia, nie warto zastanawiać się nad jej dalszą egzystencją, lecz tchnąć w nią życie. Lekko poprzebierał palcami w powietrzu nad lewym pulpitem, zastanawiając się chwilę, ale wreszcie znalazł włącznik tylnego pantografu. Opierając się ciężko na ręku wychylił się, upewniając się o jego podniesieniu. Woltomierz podskoczył w górę.

Wstałem, ruszyłem do kuchni. Krok za krokiem. Wydają mi się one takie odruchowe, bez wysiłku umysłowego, po co to robie, gdzie właściwię idę, zastanowię się jak dojdę, nie ma teraz na to jakiejkolwiek sposobności. Jeszcze nie wiem, że można myśleć. Muszę coś zjeść, wtedy rozbudzę się z tego letargu, włączą się celowe myśli, nie tylko te odruchowe, wyuczone, instynktowne - oddzielę się już dobitnie od snu...
//Wyuczonym odruchem maszynista poszukał włącznika szybkiego, aby ostatecznie otworzyć drogę do tchnięcia w maszynę mocy. Zapłonęła żarówka skryta pod zielonym kawałkiem półprzeźroczystego tworzywa przypominającego szkło.

Ciepłe żarcie, najmilsza chwila poranka. Coś, co mogę zrobić chociażby tylko dlatego, że mam z tego przyjemność, a nie tylko z czystej potrzeby. Polubcie jedzenie, to nie bedziecie narzekać, że dzień wam się kijowo zaczyna... Wszystko jest jednak podparte dalszymi konsekwencjami, i kiedyś za to obżarstwo odpowiem na odpowiednim posiedzeniu tronowym. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś nawet :P
//Kolejnym krokiem ku ruchowi naprzód, temu ciężkiemu ruchowi z całym towarowym składem, było załączenie przetwornicy i sprężarki pompującej łapczywie powietrze do przewodów hamulcowych. Uwielbiał te chwile, bo teraz zaczynało się coś dziać, można było wszystko dosłownie poczuć w sobie, poprzez delikatne wibracje generowane przez maszynerię...

Po żarciu już tylko końcowe ogarnięcie, i wychodzimy... Człowiek rozpędza się, czasami patrząc wokoło siebie, bo ten rozpęd nie następuje szybko. Potem już tylko wjechać w odpowiedni tor, wpaść w tok pracy, i sunąć byle do przodu. I człowiek już się nie ogląda, nie zwraca uwagi, wszystko zlewa się...
//Pociągnął za kran, i z sykiem zeszło powietrze, oswobodzając koła z hamulcowych szczęk. Zielone światło na sygnalizatorze zaświeciło, wpadając łuną do kabiny, nie oświetlonej jeszcze przez słońce - któremu brak było paru minut do zajrzenia zza horyzontu. Założył klucz, popychając całym ramieniem nawrotnik na pozycję naprzód. Chwilkę potem w kabinie rozbudziła swój blask za szklaną, również zieloną szybką żarówka, ośmielająca się zapalić tylko, gdy EU07 był gotów do podjęcia pracy.
Opadł na fotel, pociągnął do siebie nastawnik. Coś trzasnęło, i zawyły silniki na oporach rozruchowych. I nie ma odwrotu. Toczy się. Za chwilę wyjedzie dalej, zgasną opory, a maszynista przestanie się rozglądać, pociągając dziarsko bocznik. Z uczuciem lekkiego pchnięcia w fotel popędzi naprzód, już na właściwym torze aż do końca trasy. Szyny zleją się w jedną nić.

Powiedzcie mi teraz tylko, czemu ja dalej jadę, gdy otrzymam czerwone? Czemu nie potrafię zatrzymać, siebie, dnia... Tylko idę dalej, bo dalej idzie czas. A czerwonego przybywa. Jedynek w dzienniku.
Nauka u mnie to ostre pociągnięcie za kran Oerlikona (hamulec), i to dawno po minięciu stacji. I wtedy okazuje się, że już dawno powinienem znów ruszać dalej, a ja wciąż naprawiam usterki. A ponowny rozruch jest taki powolny... Aż wreszcie kończą się tory, ale czasem tam mnie nie ma. I będę musiał powtórzyć rok... Trasę znaczy się, albo... Ech, idę spać.
komentarze [4]

Zbiór przysłów przypadkowych polskich >> niedziela, 12 sierpnia 2007 22:47:36
Przysłowie ma to do siebie, że się przy słowie pojawia. I to niejednkrotnie przypadkowym, na fali chwili. Przechodząć się po 80 osobowej bydlarni zwanej oddziałem szpitala (a szambo można nazwać perfumerią, chociaż nawet nie było szambem - jak więc widać to, co mówimy, a to co czujemy to nieraz różne rzeczy) czasami zasłyszałem pewne wyrazy, ułożone w zdania, które ułozyły się do sytuacji. Ale cały sęk w tym, że istnieją nawet bez tych sytuacji... Taką garść sypnę właśnie, dla przyprawy poprzedniej notki.

- sprzedam zaraz kopa z bani spod lady
Trzeba komentować?

- mi się już tryb pnr* załącza
*pnr - pierniczę, nie robię
Oh... to powiedzonko było dobre: przed gimnastyką i po, przed spacerem i w trakcie, gdy człowiek sobie usiadł, i ...wszędzie. Chyba tak mnie nonstop niskie ciśnienie tak dobijało. I to miało być leczenie klimatyczne. Chyba dlatego na kartach chorobowych zawsze jest miejsce na "ew. datę zgonu".

- Kolacja mówię! Wyp.....lać z sali! Kurwa mać, do kogo ja mówię? Do ludzi rozumnych???
A to już nasza... salowa-osoba bardzo nerwowa. Sama gadała, do kogo mówi, a ja miałem akurat ochotę ją zawsze spytać, kim jest, że tak sobie pozwala. No to k...a idziemy na kolację - czemu zdziwiła ją ta wypowiedz? Popatrzyła jak świętoszek na złoczyńcę... No, ale punkt widzenia zależy od punktu ględzenia...

- Ażeby was sraczka wzięła!
To o wszystkich i wszędzie, takie uniwersalne powiedzonko wobec osób wchodzacych w czyjeś interesy... Zupełnie nieskuteczne w sanatorium, tam kazdego i od wszystkiego może wziać. Nie tyle na podłożu gastronomicznym, co nerwicowym. Ja raz miałem chyba dwa na raz. Cóż. Od przybytku głowa nie boli, ale tyłek potrafi.

-Reprezentujesz biedę!
Ten to się ubolewań Peji (Pei?) nasłuchał zbytnio w dzieciństwie chyba...

- Trzeba spać, k....a mać - a to tak na dobranoc, gdy sanatorium nie chce spać.
Ech...
komentarze [4]

Sanitarium life is so beautifuck... >> czwartek, 9 sierpnia 2007 16:58:20
W tej notce nie będzie początku. To pasuje do rzeczywistości, która zaplanowana do bólu zdawała się nie mieć końca.
Sanatoryjne życie... Byłem na urlopie wprost z biura podróży NFZ już piąty raz. Zacząłem i skończyłem na Rabce. A mówią, że nie wchodzi się do tej samej kałuży dwa razy... zwłaszcza kałuży kwasu wypalającego perspektywy na dobry humor.

Tak więc jeśli wybieracie się do sanatorium, życzę wam jak najbardziej obrzydliwego pobytu. Bo i tak na lepszy nie będzie stać... was?... nie, NFZ-tu. I to jest najgorsze...
Źle wam życzę? Co mam kłamać i gówno miodem nazywać, jak nawet nie powiedziałbym tego, to i tak nic nie stało by się tam lepsze. Jedyny ratunek to inni kuracjusze. Bo to, co dostajemy jak przyjeżdżamy jest niczym. Bo takie mamy życie, jakie potrafimy zrobić. I każdy turnus w zasadzie potrafi je sobie na nowo zbudować, dostosować. To z kolei jest najlepsze...

Korzystając z doświadczeń, pragnąłbym przekazać wiedzę dla potomnych, czymże jest polskie sanatorium. Bywało czasami naprawdę świetnie, jednakże pewne elementy są jak straż, która pilnuje, byście się czasem nie poczuli swobodnie jak na jakiś koloniach. Bo dobry humor to rzecz zabroniona wręcz ustawowo! Tzn. wszelkie przepisy dozwalają robić wszystko, co akurat dobrego humoru nie zapewnia, no ale jak potrafisz się cieszyć bardziej radosną, niż Forrest Gump, reakcją z tąpnięcia w szit, to po co to czytasz? Pakuj się i zapisuj na najbliższy turnus!
A i takie przypadki się zdarzały... Gdzież indziej mógłbym ujrzeć i usłyszeć ludzi, śpiewających "Auschwitz-Birkenau, sia, la la, la la" (pod melodię Boney M)
I te kijowe elementy zaraz wymienię. A jak już nauczymy się sarkastycznego spojrzenia na rzeczywistość, która nas otacza, to ubawimy się niczym na komedii, która będzie się dziać na naszych oczach. Takich efektów dolby surround i trójwymiarów to... nie no, IMAX wymięka.
Spójrzcie sami. Tego byście nawet za darmo w IMAXie ujrzeć nie chcieli...

a) Klop. Łączenie przymiotnika "czysty" z rzeczownikiem "kibel" jest niedozwolone i wszechmiar niewykonalne. Za bardzo się ludzie tam starają, by tak nie było. Za to często się pojawia w myśli i mowie przymiotnik "rozwalony" a już nader obowiązkowo "śmierdzący", przy stanie ludzkiej kultury, którą to wszyscy olewają. Z góry na deskę. A spłuczka wręcz nie istnieje. Czysty matrix, no nie? No to wchodzimy do kabiny i zaczyna się kino. Musimy sobie wmówić, że odraza tym miejscem nie istnieje, że nagłe potrzeby zmuszą nas do przebywania tutaj, choć tego nie chcemy, że jednak istnieje ludzka zapobiegliwość, by nie brudzić niczego specjalnie, bo ktoś tu jeszcze jest, i może korzystać* (80 osób na oddziale na przykład), że kilometr srajtaśmowego dywanu uchroni nas przed syfem bijącym z tego przybytku cywilizacji, bo jednak znowu byłem naiwny wobec ludzkiej wspomnianej wyżej życzliwości... Zaczęło się kino. Usiadłem. Dlaczego jakiś debil umieścił kibel po stronie ulicy, okno tak nisko, że widać naszą aktualnie zajmowaną pozycję?
Właśnie - w tej sytuacji śmiejmy się w tym życiowym kinie z tej komedii, jaką zgotował nam los, aż się polejemy itd. ze śmiechu. Bo co mam zrobić? W spodnie? Wtedy śmiali by się oni... A kysz, gapiu!
*do klopa zbierają się przecież wszyscy, a z tych spotkań zawsze gówno wychodzi. Normalne. Problem pojawia się, gdy ktoś użyje, by zebrać się w tym celu, natrysku... lub oznaczy (ha, zgadnijcie, czym) ściankę działową kabiny niczym dzikie zwierze terytorium. Znać się tacy instyktownie muszą na promocji. Teraz już wiecie, jak i gdzie uczą się eksperci od marketingu. No bo siadając, zauważycie to dzieło, umieszczone ZAWSZE na przeciwległej wam ściance. Jak reklamę.
A teraz garść porad praktycznych:
Wybierajcie kabiny z jakąś rurą od grzejnika, czy nim samym jeżeli jest zima. W lato przydaje się, by mieć gdzieś położyć papier, o podłodze zapomnijcie, bo wasza cudowna rolka wyssie wszystką wilgoć pochodzącą od tego, czego nie przycelował w muszlę wasz poprzednik. W zimie trzymając się za ciepłą rurę nie odpadną wam z zimna ręce. Bo niemożliwością jest trzymać w zamian w stanie zamkniętym Wiecznie Otwartego Okna - bo odpadną wam nosy.

b) Pobudka - użycie "cvrva mater" jako opisu rzeczywistości, i nieubłaganej najbliższej przyszłości, jest niemalże odruchowe. Wciskam się w kołdrę będącą podartym kocem obleczonym prześcieradłem. Zimno. A jak ma być, skoro musi być otwarte okno. A jak ma nie być, skoro jakiś cwaniak upchnął 8 osób w (w założeniach) 4 miejscowym pokoiku? Indyjskie ośrodki dla trędowatych mają podobną filozofię świadczenia usług hotelowych. Ale czasami nie mają okien - a ja mam się tym wszystkim cieszyć?

c) Idźmy na zabiegi - 80 chłopa i jedna pielęgniarka by nas wybudzić. Nic więc dziwnego, by się wyrobić, budzenie na 7:00 zaczynała od 6:30. Potem jeszcze przychodzi opiekunka. Ma za zadanie wyłącznie odprowadzić nas na gimnastykę i basen do sal znajdujących się kilometry krętymi korytarzami od sypialni, poprzez bunkrowe korytarze z sufitami mogącymi spowodować gwałtowną kontuzję głowy albo napad klaustrofobii. Ja współczułem i podziwiałem tą młodą kobietę, która czyniła ten obowiązek... Dziękuję Pani teraz - że ze spokojem budziła nas, nie wyciągając decybeli jak jakaś dzika małpa zwana salową, albo znerwicowana pielęgniarka ze skrzywieniem zawodowym do wszystkiego co się rusza i nie ucieka do rowu.
Wyobraźcie sobie, jak ona miała przerąbane. Idąc na początku, ktoś wywali się na końcu, i oczywiście nie jego wina, że nie skoordynował myśli z ruchami. A jak będzie na tyle, to wywalą się Ci z przodu, a jak będzie w środku, to z obu stron...
I wszyscy tacy dla niej chamscy, że na jej miejscu oczyściłbym już dawno ten ośrodek z problemu przeludnienia czyniąc rabczańską masakrę piłą motorową. Smutny fakt, że byłem z dużą dozą pewności jedynym, który przeprosił ją za jeden, którego się niestety dopuściłem (jeszcze raz przepraszam!) akt agresji z darciomordyzmem. Poznałem po zdziwieniu, jakie miała w oczach, że nikt na to wcześniej nie wpadł.

d) Organizacja pracy - To byłby temat, na który posłałbym 3/4 personelu w ramach szkoleń. Zostawiłbym masażystę, który zawsze wiedział, czego chce, i umiał burdel nazwać burdelem.
Wyobraźmy sobie, że idę do lekarza, by mi odpisał inhalacje, które robią mi tyle dobrego, ile ruskie polakom w ramach przyjaźni demoludów. Zawsze mnie fascynowało, jakiż to Chruszczow musiał być inteligentny, by zasadzić kopa w dupę od tyłu, jednocześnie uśmiechając się z przodu... Tak samo czułem się po wdychaniu soli w parze, która robiła z gęby wieliczkę, a gardło czerwone jak sowiecka flaga (a sól skuwamy sierpem i młotem) - przy jednoczesnym uśmiechu pielęgniarki obsługującej ten inhalacyjny koszmar.
Gdy lekarz odpisał ten zbędny zabieg bez dwóch zdań, oniemiałem z wrażenia, jak prosto można było to uczynić. Kretyn ze mnie. Już się o to głupota i służbistyczność ludzi, tudzież wyznanie papierkorobotowe, postarało, by nie dawali mi spokoju przez tydzień, czemu się na to cholerstwo nie stawiam. A ja się postawiłem. Oddziałowej, mówiąc prosto, że ja tu mialem już randez-vous z lekarzem, zrobił piękny wpis w papiery, i możecie nimi wytrzeć pot z czoła, zawiesić z użyciem papieru na którym popisał się lekarz białą flagę wobec arcytrudnego zadania pokazania tego kwitka komu trzeba na inhalacjach, aby tam wykreślili mnie z ich pięknych zeszycików... albo po prostu ruszcie swoje świątobliwie zapracowane i ponoć przy tym mało opłacane rzycie do roboty, i ponieście ten papier. Bo ze mnie nikt nie będzie robił taniej siły roboczej, tudzież gońca na telefon (ten z dołu, wewętrzny, z pretensjami inhalatorki o moją obecność, której to lekarz już nie wymagał.)
Jeżeli polska pielęgniarka ubolewa, że dają jej szajs a nie hajs za zaparzanie kawy, fachową niewiedzę wobec otaczającej je rzeczywistości na oddziale, albo że za ten szajs ma robić cokolwiek poza obecnością, to wyjedźcie hurtem za granicę, i nie zawracajcie mi dupy swoją robotą. Chyba że byś odpaliła 10zł od swojej pensyjki za usługę gońca...

CDN, bo możecie tego na raz nie wytrzymać...
komentarze [4]

Wherewer I may... ciągnąć życie Świra >> czwartek, 7 czerwca 2007 23:03:28
O, jak dawno tu nie pisałem. Ale proze życia to wy macie 24 na dobę, więc czym miałbym się chwalić. Chociaż, gdyby tak się zastanowić, to niektórych może to uzależnić bardziej niż palenie browna, bo obowiązkowo muszą się sztachnąć w dawkach po pare telenowel dziennie. Czyż to nie parodia uzależnienia? Zazwyczaj człowiek chce mieć odlot w inny, lepszy świat, a tutaj mało ma tego, w jakim zyje. Chyba te pasożyty TVP, TVN, ITP. ogląda jakieś burżujstwo, które ma inny styl życia. Ciekawe, a może jeszcze zazdroszczą?
Ale nie o to, nie o to, nie o to... tak do końca.
Bo gdyby tak streścić to, co się działo przez tych parę miesięcy w _jednym dniu_, żeby wyszedł odcinek "(prawdziwego) życia, które (nie) jest nowelą", to mógłbym to zrobić tak...

Budzę się w nocy. Orientuję się po chwili, że już nawet moja hemoglobina mnie nie lubi, uciekając nosem. Niesamowite.
Niesamowite, jak mnie to potrafi chrzanić. Sen jest rzeczą świętą, i będę tak sobie leżał dalej. No, mogę sięgnąć po chusteczkę, bo mnie pod nosem wyciek swędzi. A krew? jak chce, niech spier.... Mam jeszcze dużo. Krwi, cierpliwości, tylko siły mało, żeby to sobie zatkać. Ale zanim Morfeusz włączył mi inny matrix od rzeczywistości, udało się.
Jak pięknie coś olać, niby wszystko leci (z rąk także) a i tak jest fajnie... Cóż. Całe gimnazjum miałem to uczucie. Ale jednak konsekwencje olewactwa są nieuniknione tak w szkole, jak i w spaniu, jak i w... ech nie rozdrabniam się, w życiu. Tutaj i teraz objawiły się tym, że własna ręka zbuntowała się przeciw mnie, i zaczęła na złość mi drętwieć. Jak tak, to krew ucieka, a teraz ma pretensje. Weź tu dogodź. Zwaliłem ją chamsko na dół, probując odzyskać znów stracony sen. Szklanka, łyżka, komórka, chusteczki... Boże, co ja jeszcze miałem na podłodze?
Co bym nie miał, to po chlaśnięciu ręką stanowczo się zdezorganizowało. I po co tak misternie ukladałem to wszystko przed spaniem przez całe 30 sekund?
Jak wiele rzeczy, które czynimy wcześniej okazuje się całkiem niepotrzebne do tego, co wyjdzie potem. Mogłem te 30 sekund dłużej spać, a i tak bym się obudził z tą odrętwiałą łapą.
Ale ponieważ rozpaczanie nie pozwala jednocześnie spać, to nieustępliwie przeforsowałem przyjemniejszą opcję...
...Ty mały sukinsynu! Musialeś mnie obudzić! - wyżyłem się w myślach na brzęczący cud techniki, któy przecież sam ustawiłem. Jakże człowiek lubi się sam kopać w tylek, a skarżyć potem na własną nogę.
Wstaję z lekkością słonia tudzieź łatwością myślenia przeciętnego Romana Giertycha. Każdy zna ten stan. Na nowo człowiek uczy się co jest jawą, a co snem, miewając przy tym różne abstrakcyjne spojrzenia na świat. Wszystko jest takie proste.
Proste było np. że jak stoi rondel na kuchence, to go zdejmę. Woda w środku nie była brana pod uwagę jako możliwy balast, chyba się więc obraziła na tą ignorancję, i została na miejscu, zamiast wędrować za naczyniem. Tak, człowiek włada czasami światem, ale nie własnymi zamierzeniami. Tudzież ich konsekwencjami.
...Nauczyłem się przynajmniej, jak osuszyć palnik po zalaniu wodą.
Tego bym nie wymyślił nawet po 508 godzinie siedzenia przy matmie. Teorią można sobie szpanować, i co bymi było z tego? Obliczę sobię, ile metrów srajtaśmy zużyłem, by osuszyć ten palnik? Albo co, obliczyłem sobie jakimś wzorem, że szary przybytek sracza ma niesamowita zdolność i chęci do pochłaniania wilgoci? Pobawić się bym w to mógł, czemu nie. Ale palnika by mi to nie osuszyło.
Dlatego w takich chwilach, gdy czyśiłem to czarne, okrągłe, dziurkowane po bokach cuś, pomyślałem sobie, (dlatego, bo miałem mroczne widmo klasówki z matmy tego dnia), że matematyk to musi być gość, któego pierdołowatość w przechodzeniu do czynu jest tak wielka, że woli sobie pogadać z cyframi w zamian... A nuz przez ten czas ów palnik osuszy się sam?
Dobra, jeszcze tylko z milion zacięć tępym nożykiem przy goleniu, i wyjść można do cudownej wieśtorpedy marki Autosan, która powiedzie mnie do szkoły. Tam też spróbowałem pogadać właśnie z cyframi. Ale takie gadają tylko ustalonym kodem. Zero finzeji. Nie mialem jej także na sprawdzianie, mając tyle weny twórczej co urzędnik wypełniający druki... ha, ale on przynajmiej wie, JAK się je wypełnia....

Zaraz, chwila moment... STYKNIE JUŻ!! Fajny miałem dzień? To dobrze, ale to na szczęście zbiór wszystkich koszmarów dnia codziennego w jednym. Co to ma pokazać?
Żyj chwilą... po co rozpamiętywać co bylo do wylotu miedzyposladkowego? Tam nasze myślenie powinno się kończyć, nie zaczynać... Potem się nam robi taki wór kiepskich momentów. Ale jak będziemy przyjmować i złe, i dobre, oraz mieć swiadomość, że... ====>
"...skoro teraz się poślizgnąłem, to świetnie! trochę tyłek boli, ale jak szybko się przemieszczam! No i mogę kumplom opowiadać, jaki ze mnie ostry odpał/wykręt/freak jest :P" <===== takie myślenie na pewno nie zaszkodzi. A jak miło jest.

I dlatego właśnie nie przerwałbym snu, jakby nawet to wszystko co opisałem, zdarzyłoby się na raz. Sen był tą moją chwilą, którą żyłem. I tak, wszystko przeszkadza mi żyć chwilą, biorę jako kontrast, pokazujący, że tyle rzeczy chciało mi przeszkodzić. A jedynie przy nich widzę bardziej, że robię co chce, i tyle mi one robią....

Jutro znów o absurdach, więc spokojnie, trochę psychodelii jeszcze nikomu nie zaszkodziło :P
komentarze [4]

Z miłości do Boga, z nienawiści do wroga... >> niedziela, 1 kwietnia 2007 13:08:24
Spis moich przeżyć związanych z egzystencją na tym świecie czas kontynuować.
Co mnie zaskoczyło w ostatnim miesiącu? Nie było tego dużo, ale za to naprawdę pokręcone rzeczy. Jak na mój gust oczywiście.

I przechodząc do sedna - słów mi brakło, i przemyśleń wyjaśniających postępowanie jednego z miniSterów naszego światłego rzadu czwartej rzeszypospolitej. Robi nam się tu niezły świat według Kiepskich. Kiepskich sposobów zwrócenia na siebie uwagi. Bo jakże można nazwać chwalenie się własnym chrztem? To przeżycie (które powinno być) duchowe stało się ciekawostką na pierwsze strony gazet. Z własnej duszy koleś zrobił prześcieradło, które wywleka na zewnątrz, i niech się suszy, niech wszyscy patrzą... No, ale załóżmy, że gazety (i/lub czasopisma) dowiedziały się przypadkiem. Zdarza się.
Ale miniSterowi zdarzyło się jeszcze wyjaśniać całe zajście - czyli jednak był zainteresowany zrobieniem z tego wszystkiego show. A ten, jak wiadomo, must go on. Więc pogonił językiem jak spłoszonym ogierem, głosząc wyznanie, które mnie powaliło: Ochrzciłem się dla żony!

...Chwila na wyczyszczenie dywanu gwałtownym atakiem tarzania się ze śmiechu...

...no, oddychać spokojnie i czytamy dalej. Pomyślałem dokładnie to samo, co potem Liroy stwierdził czytając ten news u Kuby Wojewódzkiego - myślałem, że chrzcimy się dla Boga, nie dla żony... Cóż, widzimy, jaki prorodzinnny jest Dorn. Ubóstwia własną żonę. Powinien w takim razie zamówić specjalna formułkę wypowiadaną przez księdza. On i jemu podobni w myśleniu. "I ja Cię chrzczę w imię Żony, PiSu i prestiżu"

Tak proszę państwa. W imię takich rzeczy teraz się chrzczą niektórzy...

C.D.N
komentarze [2]

FaktyKat >> niedziela, 25 lutego 2007 17:59:43
Po miesiącach katowania się programami informacyjnymi w codziennym bloku od 19:00 do 22:00 w końcu muszę to powiedzieć. Człowiek ogląda to wszystko, chłonie jakie to niesamowite rewelacje Polskę nawiedzają, albo nawiedzą, gdy się nie opamietamy, a potem tylko usiąść i się pochlastać za taką Polskę (właśnie).
To reakcja innych. Bo ja przynajmniej (a może i Ty, drogi czytelniku tego tekstu, i chwała Tobie za to) zdaję sobie sprawę, że nawet w niezależnej telewizji wiadomości są od czegoś zależne. Paradoksalnie, im więcej "niezależności" takiej TV, tym więcej zależności od tego czegoś. Nazywa się to coś kasa oczywiście.
Jeśli informacja jest lipna, to trzeba zaczac dramatyzować, widz to podchwyci, i podramatyzuje sąsiadowi. A on, pełen dramatyzmu, siądzie też do telewizora, oglądnąć, jak toczy się dalej ten dramat. To straszne.
Współczuję wszystkim tym, którzy wraz z faktem dają sobie przemycić jego interpretacje, którą powinni wypracować sami. I któż zaprzeczy, że telewizja nie odmóżdża???
Przykład?
To tak jak kiedyś wielka tragedia Jana Meli, który wpieprzył się tam, gdzie normalny człowiek nie chodzi nawet, gdy drzwi są szeroko otwarte. Do transformatora. No litości, ludzie, żeby w obronie przed deszczem (a gościu to się z cukru urodził?) potraktować transformator jako wiatę przeciwdeszczową? Jeszcze wpadając tam z kawałem żelastwa, które przewodzi prąd?! (Rowerem)
Energa S.A słusznie według mnie odmawia odszkodowania - bo w czym ich wina? Że się Jasiek czytać nie nauczył? Albo że myśłał, że jest prądoodporny? Czy ktoś tam napisał "wchodzić żeby się nie zmoczyć w czasie deszczu"?
Burza jest niebezpieczeństwem (no, zapalenia płuc można dostać), ale uciekając przed jednym UMYŚLNIE (nie, nie pier*** mi, że nie wiedział, gdzie wchodzi) wpadać w drugie? To jak... z deszczu pod rynnę. Czy go nikt nie nauczył, że prąd razi? Czy ludzi jakoś prąd przyciąga, że dlatego musza zamykać transformatory, bo inaczej wszyscy tam wpadają? No jasne że nie!
Dlatego całe nagłośnienie jego tragedii GŁUPOTY, na którą sam sie skazał, to porażka na całej linii. Myślicie, że czemu to zrobiła pewna telewizja? Czemu goniła za nim kamerą po biegunie? Czemu mu to sfinansowała? Tak, dokładnie tak - bo drugie tyle zarobiła nagłośniając jego tragedię głupoty (przedstawiając to jako wielką winę Energi S.A: jakie to te wielkie koncerny są złe, jak mogą tak pluć na "tragedię" drugiego człowieka!). Ludzie są przed telewizorami, oglądając stronniczo przedstawioną historyjkę, i kasa sie kręci, bo oglądalność rośnie.
Podsumowując, całe jego roszczenia o odszkodowanie to jak pretensje do producenta wykłądzin antypoślizgowych, że jak zrobiłem nań kupę, to się wtedy poślizgnąłem...

Wkurza mnie to? Jasne! A po tylu razach oglądania dzienników, to wkurza mnie jeszcze pare innych rzeczy w życiu, pozwoliłem sobie wypisać w ramach upustu emocji.
Więc...
Wkurza mnie:
- że dziecko jest w Polsce wyceniane na 1000-2000zł. Becikowego.
- że "ekolodzy" w ramach obrony doliny Rospudy wpieprzają się tam robąc szum, płosząc zwierzęta, i wspinając się po drzewach (widzieliście to olinowanie? Profesjonalne - do którego trzeba wbić HAKI. W KORĘ DRZEWA!) Nie no, spoko, róbcie tak dalej, dolinka już przestaął być dziką głuszą, przeobrażając się w niezłe pole namiotowe. Jeszcze paredziesiąt dni poblokujecie tam wszsytko, to zdechnie i ucieknie wszystko, co ma nogi (lub korzenie) i żyje. Tyle, że robole zrobiły by to w pare dni. Za takie powolne zdychanie natury powinni was za jaja powiesić. Za znęcanie sie nad zwierzętami.
- że od drugiej klasy ucze sie na chemii o truciznach, co przyda mi się w życiu chyba tylko do otrucia się - z wielką zapewne satysfakcją mojej chemicy.
- że z Polski uciekają ludzie chcący pracoawać, bo stanowiska pracy obsadzone są przez dziadów z iście peerelowskim nastawieniem i szacunkiem do roboty. Pozdro dla kasjerki ze skierniewickiego PKSu - masz więcej szczęścia niż rozumu, wredna babo.
- że państwo powstrzymuje informatyzację swoich obywateli 22% vatem na art. komputerowe... Zbitą na tym kasę ciągną potem z radochą z budżetu na Pałace Zusu ® ©
- że minister zdrowia ostrzega - cynicznie na każdej paczce papierosów, ale nie zakaże sprzedaży, bo minister finansów byłby się zmartwił. Paliwo do BMW musi być.
- że przy powyższym marihuana jest tępiona, choć wcale nie bardziej szkodliwa.
- że chciałbym być pilotem, ale nie wygrałem tych **** pieniedzy w totka, by zrobić licencję. Ale i tak marzenia poszły się j***, bo lekarze wolą skupić się na klonowaniu owieczek, czyli wymyślać sobie nowe wyzwania, zamiast przezwyciężyć już istniejące trudności. A przy takiej kasie, jaka jest pompowana w nowe technologie można by spokojnie ruszyć do przodu ze starymi problemami. Więc na dzień dzisiejszy mogę się w dupę cmoknąć.
- że człowiek jest nak nędzny, że nie potrafi zrobić nawet powyższego...
- że na odpowiedzalnych stanowiskach w rządzie łapią sie pustaki wybierane przez lud przecież (o, ironio! ...) a naprawdę porządni ludzie muszą się nosem podpierać zaiwaniając w sklepie. Pozdrowienia, Carysiu - naprawdę jesteś warta więcej, niż dostajesz.
- że chciałbym przytulić siostrę, lecz nawet ja nie mam rąk długich na pareset kilometrów...

NO, dobra. Bo się prywata robi, a nie o to chodzi. Teraz już się wyżyłem, dziękuję, i idę odpocząć na wyrze. Ze świadomością, iż Polska nie ma się przynajmniej za mnie* za co wstydzić. Pozdrawiam wszystkich z lepszym myśleniem przed, albo chociaż po tym tekście...

* no tak, wiem, nie tylko mnie nie musi się wstydzić. Nie musi się wstydzić także Lavender Fowl, ssj4, Agusiaka, Elficy, Sandruśka, Hypna, Popi, Lennves, Tuuli, Samorządu mojego liceum ;)
komentarze [5]


|ksiega|
|Polub mnie|
|O mnie|

2007
styczeń (2)
luty (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
sierpien (2)
październik (1)
listopad (2)
grudzień (1)

2008
styczeń (2)
luty (1)
kwiecień (2)

2009
styczeń (1)



Patrz, bo warto
|Blog mojej przyjaciółki, Sandruśka|
|Wiele do powiedzenia, wiele do przemyślenia. Czytaj Lavender, to nie boli, a może zaciekawić...|

oceny blogów:
Tu oceniają, i radzą
Szalone oceny (ponoć)








|Lay by MatÓH|